Prezydent uważa, że "sprawy państwa nie idą w dobrą stronę". Premier - wręcz przeciwnie. Za nami rok przełomu, przed nami rok przyspieszenia, "a największe zagraniczne gazety piszą o Polsce jako absolutnym fenomenie". W jednym obaj na moment się spotykają, w tym mianowicie, że Polska powinna, musi i ma się rozwijać, po czym znów ich drogi płynnie się rozchodzą, bo dla Nawrockiego rozwój państwa za rządów Tuska to oksymoron, Tusk z kolei jest przekonany, że jak tylko PiS wróci do władzy, to jedno zepsuje, a drugie ukradnie. Dwa orędzia na jeden Nowy Rok zostały wygłoszone rutynowo, nie wnosząc w życie Polaków niczego nowego, przypominając im jedynie, że po krótkiej świątecznej przerwie znów usłyszymy szczęk oręża. Walka będzie się toczyć ze zmiennym szczęściem, ale nie ustanie ani na moment, bo, że trzeba się dzień w dzień bić, zdecydowano w dużym pałacu, a na dodatek strategia ta wpisuje się w konfrontacyjny charakter głowy państwa. Polityka ma być sportem walki. "Wina Tuska"? Nawrocki liczy, że będzie tej wojny zwycięzcą. Przed świętami ukazał się sondaż dla TVN24, w którym zapytano Polaków, kto ponosi odpowiedzialność za wojnę na górze, a ci udzielili odpowiedzi rozkładających się niemal po równo: 32 proc. winowajcę zobaczyło w Tusku, 30 proc. w Nawrockim, a 28 proc. wskazało obu. Wyborcy zawsze z zainteresowaniem śledzą tę jedną z najciekawszych na świecie walk - walkę o władzę - ale kiedy konflikt angażuje ich zbyt mocno i trwa zbyt długo, zaczynają odczuwać zmęczenie i zastanawiać się, kto jest temu winien i od odpowiedzi na to pytanie, tyle że nie teraz, ale mniej więcej za rok, zależeć będzie w dużej mierze wynik wyborów parlamentarnych w 2027 roku. Kalkulacje ośrodka prezydenckiego są dość oczywiste - liczą, że będzie to słynna "wina Tuska", także dlatego, że premier ma wizerunek już dość zużyty, a Nawrocki wciąż spory kredyt zaufania u rodaków. Trwają też intensywne działania, mające ocieplać wizerunek prezydenta, Nawrocki a to przytaszczy do domu choinkę, a to Wigilię spędzi z żołnierzami, także mikołajkowy program w Kanale Zero z udziałem głowy państwa był obliczony na pokazywanie ludziom, jaki z tego Karola jest "swój chłop". Jest w tych działaniach łącznie "zwyczajności" polityka, który niby prowadzi życie, takie jak każdy z nas i dzięki temu nie jest odklejony od rzeczywistości z "nadzwyczajnością" funkcji, jaką sprawuje - wszak prezydent to ważna figura, co nieudolnie próbował nam udowadniać nieco już zapomniany Andrzej Duda („Tu są naprawdę poważne sprawy, tu nie ma żartów. Tu może przyjdzie dzień, że trzeba będzie podjąć takie decyzje, że człowiek sobie nie wyobraża, że musiałby takie decyzje podjąć”). Nawrocki ma być poważnym wojownikiem o słuszną sprawę (o Polskę), ale nie typem awanturującym się stale i dla samej tylko okazji do bitki - co jest wizerunkowo trudne do osiągnięcia, a problemy zaczęły się już przy okazji taśmowych wet. Prezydent zaczął się tłumaczyć z tego, że ma takie prawo, i objaśniać powody każdego weta, wreszcie podpierać statystyką, że ponad sto trzydzieści ustaw jednak podpisał, a tylko 20 zawetował. Nawrocki, a zwłaszcza jego coraz bardziej aroganccy w wypowiedziach współpracownicy, muszą się jednak liczyć z tym, że nieustanne żądania, pretensje, wyzywanie i obrażanie rządu, demonstracyjne odmawianie współpracy, rzucanie Tuskowi kłód pod nogi, niekoniecznie musi im się politycznie sowicie opłacić. Tak, tak, Nawrocki może stracić w sondażach, wszak nie jest teflonowy, wciąż się uczy polityki i popełnia błędy. A po przeciwnej stronie nie ma samych amatorów. Na marginesie: wiemy, że Karol Nawrocki uważa Tuska, bo mówił o tym wprost i wielokrotnie, za najgorszego po 1989 roku polskiego premiera, ale dlaczego - tego do tej pory nie wyjaśnił. Tusk jest zatem gorszy niż np. postkomunistyczny Miller, Cimoszewicz czy Oleksy z jakichś zapewne powodów, którymi jednak prezydent nie zamierza się dzielić z opinią publiczną, pozostawiając nam ocenę, bez uzasadnienia. Generalnie pogląd ten wygląda na wyciągnięty z którejś szuflady biurka przy Nowogrodzkiej i zsocjalizowany. A byłby warto dowiedzieć się, skąd ta zapiekłość. Wracając do wątku winy: Polacy mogą nią, za niekończącą się awanturę, obarczyć obu, tak, jak w już przytoczonym sondażu. Tu ludzie prezydenta mają jednak nadzieję, że znużone bitwą społeczeństwo da się przekonać do takiej narracji: jeśli wybierzecie ekipę Tuska, wojna będzie trwała kolejne lata, jeśli zaś marzycie o świętym spokoju, to musicie dać szansę temu obozowi, z którego wywodzi się Nawrocki. Wtedy na linii prezydent-rząd zapanuje zgodna współpraca ku pożytkowi kraju i narodu. Ta opowieść może podziałać na wyobraźnię wyborców z centrum, spoza obszaru wojny polsko-polskiej, dla których oczywiste będzie, że skoro kadencja Nawrockiego kończy się dopiero w 2030 roku, to jedyną szansą na pokój jest rząd prawicowy, którego Nawrocki może zresztą stać się patronem i przywódcą. Modlitwa za Polskę Na wszelki wypadek media sympatyzujące z PiS zaczęły także wyrównywać grunt pod opowieść o Nawrockim, który nie tylko reżimowi Tuska się nie kłania, ale jest też przez niego intensywnie ostrzeliwany. Stanisław Janecki w tygodniku "Sieci", wyliczając cele premiera na nowy rok, jako trzeci podaje „mobilizowanie wszystkich sił i służb do niszczenia prezydenta”. Celem premiera ma być postawienie Nawrockiego przed Trybunałem Stanu, a przynajmniej stwarzanie w społeczeństwie wrażenia, że to by się prezydentowi należało: „trzeba się spodziewać coraz ostrzejszych ataków na głowę państwa, a wręcz odbudowy przemysłu pogardy, jaki po 2005 roku stworzono do zwalczania prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Męczennik to kolejna rola, jakiej Nawrocki nie będzie sam odgrywał, bo wojownik się nie mazgai, ale jaka będzie mu przypisywana przez usłużnych funkcjonariuszy medialnych, by wzbudzić dla prezydenta współczucie i w roku bez wyborów utrzymywać mobilizację elektoratu. Banałem będzie stwierdzić, że strategia, obrana przez Pałac Prezydencki za kierunkową, będzie szkodliwa, może nawet katastrofalna w skutkach dla polskiego państwa. Tyle że ludzi prezydenta to nie obchodzi. Strategia będzie modyfikowana tylko wtedy, kiedy okaże się, że nie buduje, a szkodzi Nawrockiemu. Przez dziennikarza "Gościa Niedzielnego" prezydent został ostatnio zapytany, o co się dla niego modlić. Odparł, że w 2026 roku trzeba się modlić przede wszystkim za Polskę. I tutaj - pełna zgoda. Chyba pozostaje nam już tylko modlitwa w intencji kraju, pogrążonego we wzajemnym zwalczaniu się dwóch ośrodków władzy wykonawczej.