Po przejęciu dwóch rosyjskich tankowców przez USA rosyjskie media i komentatorzy wojskowi ruszyli z ostrą narracją o "piractwie" i "akcie wojny". Pojawiły się wezwania do militarnej odpowiedzi, a nawet do ataków na cele NATO. Oficjalne władze ograniczyły się jednak do protestów dyplomatycznych i chłodnych komunikatów. Choć w pobliżu znajdowały się rosyjskie okręty wojenne, nie padł ani jeden strzał. W efekcie to nie groźby, lecz brak reakcji stał się najbardziej wymownym komentarzem Kremla. Pytanie tylko, czy to przejaw strategicznej kalkulacji Władimira Putina — czy dowód, że tym razem stawka była po prostu zbyt wysoka.