MEN stawia na wolność uczniów ws. wyglądu. Nazwijcie mnie konserwą, ale to przesada

MEN chce większego luzu w wyglądzie uczniów, a ja przy tym odkryłam, że jestem konserwatystką. Jak? Ano tak, że tego luzu jest już po kokardkę. I nie chodzi o to, żeby wciskać dzieci w mundurki i kontrolować każdy detal ich wyglądu, ale o to, żeby uczennica nie była kopią influencerki beauty. Widzę je wszędzie. Są piękne, zadbane. Mają zagęszczone rzęsy, hybrydy z najmodniejszymi wzorami, mocny makijaż. Czasem nawet powiększone usta. Kiedy stoimy w Douglasie czy Rossmannie, nie mam z nimi szans. I tu nawet nie chodzi o wiek. Nie nadążam za nowinkami kosmetycznymi, ledwo odróżniam kredkę do brwi od konturówki do ust, nie znam najnowszych trendów. A one są na czasie.  Mówię o nastolatkach. Z jednej strony cieszy mnie, że jest lepiej niż dwadzieścia parę lat temu, kiedy wystarczały dwa swetry na zmianę i podbierana ukradkiem od mamy szminka na dyskotekę. Taka dbałość o wygląd świadczy o dużej zasobności portfela. Wizyty u kosmetyczek kosztują. Społeczeństwo się bogaci, świetnie. Ale z drugiej strony coś mnie jednak niepokoi. Jeszcze kilka lat temu na takie zabiegi mogły pozwolić sobie wyłącznie dorosłe kobiety. Dziś to niemal standard u nastolatek. Ba, na parentingowych forach czytałam, że niektóre mamy fundują profesjonalne paznokcie córkom przystępującym do I Komunii Świętej. Widzę, jak bardzo młodzież przywiązuje wagę do wyglądu. Najciężej mają chyba dziewczynki, bo swoim stylem, makijażem i paznokciami muszą odzwierciedlać trendy z Instagrama czy TikToka. Nadążać za tym, co podsuwa im algorytm. Taka presja może przytłaczać.  Jeśli siedemnastolatka ma już wstrzyknięty w usta botoks lub wypełniacze, to co będzie następne? Powiększenie piersi na osiemnastkę? Makijaż permanentny za zdaną maturę? Ten pośpiech i dążenie do perfekcyjnego wyglądu mnie przeraża. Gdzie naturalność, spontaniczność, autentyczność? Szansa na to, żeby być sobą?  Wolność się ulewa Ale to chyba wszystko za mało. Ministerstwo Edukacji Narodowej dąży do tego, żeby uczniowie mieli jeszcze więcej swobody. I zapowiada zmiany w szkolnych statutach dotyczące wyglądu uczniów. Koniec z krzywdzącymi zakazami. Czas na wyrażanie siebie.  Czas na wolność. Wolność w ogóle ostatnio jest na topie. Mam koleżankę – polonistkę z wieloletnim stażem – i kiedy opowiada mi historie ze szkoły, to mam gęsią skórkę. Na przykład uczeń odmawia otwarcia książki na danej stronie, bo ogranicza to jego "wolność". Inny nie zdejmie kaptura z głowy, bo to ingeruje w jego wygląd. To nic, że ma godło przed sobą i jeszcze chwilę temu pisał w szkolnym wypracowaniu, że jest patriotą. Młodsze dzieci nie mają za to prac domowych. Mam w domu 12-latkę i widzę, jak bardzo jest to złe. Kiedy nauczycielka prosi, żeby dokończyły w domu zadanie, też krzyczą "wolność!". Powołują się na przepisy. Mówią o dyskryminacji. Język kształtuje rzeczywistość. Zadanie domowe staje się teraz doświadczeniem niemalże traumatycznym. Wymagania – opresją. Odpowiedni ubiór – dyskryminacją. Uczniowie tego nie chcą. A MEN wychodzi im naprzeciw. Nowe przepisy mają ograniczyć krzywdzące zakazy i zagwarantować dzieciom oraz młodzieży większą swobodę w wyrażaniu siebie. MEN planuje wprowadzać regulacje stopniowo, za pomocą rozporządzeń ministra. Póki co, zasady dotyczące wyglądu uczniów w szkołach są w dużej mierze w rękach dyrektorów i rad pedagogicznych. A te, czasem są, zdaniem uczniów, krzywdzące. Bo nie można mieć na przykład fioletowych włosów czy gołych pleców. To przecież ogranicza ich indywidualizm. I tu właśnie jestem konserwatystką, bo uważam, że na wszystko jest czas i miejsce. Do filharmonii czy do teatru nie pójdę przecież w kaloszach. Choć raz poszłam. I to było okropne uczucie. Pracowałam wtedy w lokalnych mediach i zostałam wysłana na obsługę gali. Nie wiedziałam o niej wcześniej. Była ulewa, więc do redakcji przyszłam w kaloszach. A stamtąd prosto na uroczystość, gdzie o śliską posadzkę stukały szpilki i czółenka. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. I nie, nie chodzi o to, że teraz chodziłabym z grzebykiem i czesała wszystkich uczniów jeden po drugim. Chodzi o zasady. One porządkują świat. W dane miejsce czy na daną okoliczność ubieram się tak, a nie inaczej. Jak załatwiamy sprawę w banku, to pracownik w gabinecie wita nas w białej, wyprasowanej, nienagannej koszuli i spodniach w kant. Nie w japonkach i porwanych dżinsach. I nie płacze, że garnitur zaburza jego indywidualizm. Że ogranicza jego wolność. "Czy makijaż przeszkadza w nauce algebry?" – zapytają piewcy wolności i swobody. Nie, oczywiście, że nie. Ale też nie pomaga.