Żeby zrozumieć Trumpa w sprawie Grenlandii, trzeba wejść w umysł Janusza Biznesu

Myślę, że nie będzie wojny Stanów Zjednoczonych z NATO ani z samą, zdradzoną przez sojuszników Danią o Grenlandię. Trump jest Trumpem, ale nawet szaleństwo ma swoje granice. Bardzo nie lubię radykalnych prognoz przyszłości, bo potem niezwykle łatwo stać się pośmiewiskiem – jak ten koleś ze skrajnie prawicowej telewizji, który zapewniał, że żadnej wojny nie będzie, wyzywał innych od „rozegranych przez Putina chłopców w przykrótkich spodenkach”, w chwili gdy pierwsze rosyjskie bomby wlatywały już w przestrzeń powietrzną Ukrainy. Pocieszam się jednak, że gdyby USA napadły na kraj NATO, to wypominanie Kralce, że się pomylił w swojej ocenie, byłoby prawdopodobnie najmniejszym problemem – zarówno moim, jak i czytelników NaTemat. Pisałem zresztą kilka dni temu na Bezprawniku, co by to oznaczało dla Polski i świata: formalną konieczność pójścia przez Europę i Kanadę na wojnę ze Stanami Zjednoczonymi i/lub definitywny rozpad NATO jako tworu politycznego, sojuszu i idei. Wielka, geopolityczna katastrofa Katastrofa, ponieważ Europa nie tylko nie jest gotowa na wojnę ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie jest nawet w pełni gotowa na sytuację, w której USA przestają być jej gwarantem bezpieczeństwa. Na początku 2022 roku ktoś trafnie pisał w bodajże Politico, że współczesna Europa przypomina mieszkańców Konstantynopola kłócących się o płeć aniołów, podczas gdy Turcy już opierali o mury miasta drabiny i rozstawiali machiny oblężnicze. Europa ma oczywiście potencjał i być może zaczyna powoli dostrzegać, że kilkadziesiąt ostatnich lat spędziła jako bananowe dziecko światowej polityki, którego ojciec jest prawnikiem, ma kontakty i wydaje na armię nieprzyzwoite ilości pieniędzy. Jest jednak bardzo źle, skoro nawet refleksja przychodzi z tak dużym opóźnieniem, a co dopiero mówić o konsolidacji, reorganizacji i wdrożeniu europejskiego planu strategiczno-naprawczego. To, co dzieje się dziś wokół Grenlandii, nigdy nie miałoby miejsca, gdyby Europa była dobrze zarządzana, zjednoczona, groźna i suwerenna. To bardzo dobry przykład, dlaczego – mimo ogromnego sceptycyzmu wobec tego, jak Anglicy czy Niemcy prowadzą swoje kraje na skraj przepaści (choćby projektami migracyjnymi czy energetycznymi) – epoka małych państw, takich jak Polska, Dania czy nawet Francja, nie będzie miała racji bytu w XXI wieku, o ile mieszkańcy obszarów nad Tybrem, Renem czy Dunajem chcą mieć nad swoim życiem jakąkolwiek kontrolę. I tu wracamy do Donalda Trumpa To, co robi Donald Trump w sprawie Grenlandii, jest kolejnym patologicznym przykładem nie tylko jego osobowości, lecz także tego, jak Stany Zjednoczone interpretują swój interes. Trump nie jest wypadkiem przy pracy – jest objawem aktualnej amerykańskiej percepcji świata. Można ją ubrać w cynika w garniturze albo w klauna w czerwonej czapeczce; nie jest jednak wcale powiedziane, że finalna treść bardzo by się od siebie różniła. To akapit wart ponownej lektury przez europejskie elity. Politowanie wzbudzają oczywiście również wybrane polskie elity z nurtu, który Radosław Sikorski określał swego czasu mianem „negritude”. Już pojawiają się głosy i analizy polskich miłośników USA, którzy z miną mędrca tłumaczą, dlaczego Stany Zjednoczone po prostu muszą ukraść Danii Grenlandię i jak bardzo jest to zrozumiałe. Tyle że Stany Zjednoczone wcale nie muszą tego robić, bo na Grenlandii już są Mają tam bazę wojskową i – gdyby tylko chciały – w praktyce pełną dowolność operacyjną. Tu jednak warto pobawić się w psychologa i spróbować zrozumieć Donalda Trumpa, który bardzo chciałby zapisać się w historii czymś większym niż bycie 45. i 47. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Grenlandia jest niezwykle atrakcyjna ze względu na swoje położenie geopolityczne: kontroluje północne szlaki handlu morskiego (w czym USA specjalizują się od II wojny światowej) i jest kluczem do drogocennych surowców, które – jak się prognozuje – mogą stać się „ropą naftową” XXI lub XXII wieku. Grenlandia, a być może również Kanada, dawałyby wówczas Amerykanom znacznie silniejszy mandat do ich eksploatacji. Nie zmienia to jednak faktu, że atak na sojusznika w celu wyrwania mu terytorium byłby po prostu – jak mawia młodzież – za gruby. Cena takiej operacji byłaby, moim zdaniem, zbyt wysoka. O ile długofalowy gorący konflikt USA z resztą NATO oceniam jako skrajnie nieprawdopodobny, o tyle aneksja Grenlandii pociągnęłaby za sobą ogromne konsekwencje biznesowe, gospodarcze, militarne i polityczne. Dzień po ewentualnej aneksji Grenlandii Polska, Niemcy, Korea Południowa, Japonia i zapewne kilku innych oddanych sojuszników USA rozpoczęliby prace nad własną bronią jądrową – i byłby to jedynie wierzchołek góry lodowej nowych problemów dla Ameryki. Różne są pontyfikaty Bywali papieże filozofowie, papieże marketingowcy, papieże religijni fanatycy. W Białym Domu zasiadł papież-biznesmen, który z tego dogmatu uczynił swój znak rozpoznawczy i jest z niego bardzo dumny. Kilka dni temu, w atmosferze powszechnego zaskoczenia, przeprowadził akcję, w wyniku której wyciągnął szefa republiki bananowej z sypialni w Caracas i niczym upolowanego dzika przeparadował z nim ulicami Nowego Jorku. Zrobiło to wrażenie, choć szczerze mówiąc, nie jestem w stanie stwierdzić, czy był to przejaw siły, czy raczej słabości USA. Nikt nigdy nie musiał wyciągać Jarosława Kaczyńskiego nocą z domu na Żoliborzu – wystarczyło groźne zmarszczenie brwi przez panią Mosbacher i każdy kolejny „Lex TVN” umierał śmiercią naturalną. Trump po – mimo wszystko – spektakularnej akcji w Wenezueli poczuł się pewniej, na moment znów uwierzył w sprawczość USA i dlatego tak szybko dociska temat Grenlandii. Jak przystało na Janusza Biznesu, który widzi, że kontrahent musi sprzedać samochód, bo nie ma pieniędzy na leki dla córki, dociska i próbuje rozegrać swoją przewagę pod dużą presją. Przypominam jednak, że próbował już grać tą kartą wobec Wołodymyra Zełenskiego, krzycząc na niego przed rokiem w świetle kamer i domagając się zakończenia wojny, której Ukraina jest ofiarą. I nic nie wskórał. Prezydent Ukrainy nie dał się nabrać na ten spektakl biznesowej januszerki, bo przez całe życie w ojczyźnie widział takich sytuacji tysiące. I obym się nie pomylił, ale dokładnie taki powinien być i będzie też finał całej afery o Grenlandię