Nie zdążył jeszcze objąć placówki, a już zdenerwował kraj, do którego ma jechać. Billy Long, nominowany przez Donalda Trumpa na ambasadora USA w Islandii, miał stwierdzić, że wyspa mogłaby zostać 52. stanem Stanów Zjednoczonych. Billy Long, były republikański kongresmen z Missouri, został wskazany przez Donalda Trumpa jako przyszły ambasador w Reykjaviku. W jednym z wystąpień miał powiedzieć, że widzi Islandię jako 52. stan USA, a siebie w roli gubernatora tej arktycznej wyspy. W amerykańskiej politycznej bańce mogło to brzmieć jak typowy, przesadzony bon mot, ale w kraju, który od dekad strzeże swojej niepodległości, takie słowa są traktowane znacznie poważniej. Islandia, niewielkie państwo NATO na środku Atlantyku, od lat buduje swoją pozycję jako samodzielny gracz w regionie. Pomysł, choćby rzucony w żartach, że mogłaby zostać wchłonięta przez większe mocarstwo, uderza w fundament islandzkiej tożsamości – dumę z odzyskanej w XX wieku suwerenności. Reykjavik domaga się wyjaśnień Islandzkie Ministerstwo Spraw Zagranicznych natychmiast zareagowało. Resort poinformował, że zwrócił się do ambasady USA w Reykjaviku o potwierdzenie, czy słowa przypisywane Longowi rzeczywiście padły. Sprawa jest na tyle poważna, że rząd chce oficjalnych wyjaśnień, a nie półsłówek w mediach. Dla władz w Reykjaviku istotne jest nie tylko to, co powiedział przyszły ambasador, ale także to, w jakim momencie to zrobił. W sytuacji międzynarodowego napięcia wokół Arktyki każde odniesienie do możliwej "zmiany statusu" terytoriów sojuszniczych brzmi jak testowanie granic. Islandczycy odpowiadają petycją Na dyplomatyczną reakcję na poziomie rządowym nałożyła się także fala oburzenia wśród zwykłych Islandczyków. W sieci szybko pojawiła się petycja wzywająca szefową dyplomacji Katrin Gunnarsdottir do odrzucenia kandydatury Longa. Autorzy dokumentu podkreślają, że Islandia musiała walczyć o niepodległość i przez lata udowadniała, że jest lojalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a nie "potencjalnym stanem do przejęcia". Ich zdaniem przyszły ambasador powinien okazywać temu krajowi szacunek, a nie żartować z możliwej aneksji. Pod petycją podpisało się już około 2 tys. osób – w państwie liczącym niecałe 400 tys. mieszkańców to liczba, której nie da się zignorować. W tle spór o Grenlandię i arktyczne ambicje USA Słowa Longa wybrzmiały tym mocniej, że zbiegły się z kolejną odsłoną sporu o Grenlandię. Donald Trump od tygodni powtarza, że Stany Zjednoczone powinny przejąć "pełną kontrolę" nad tą strategiczną wyspą, ostrzegając przed rosnącymi wpływami Chin i Rosji. Prezydent odrzuca propozycje zwiększenia jedynie militarnej obecności USA czy wysłania misji NATO. W jednym z wywiadów stwierdził wręcz, że Ameryka może stanąć przed wyborem "Grenlandia albo NATO", jeśli sojusznicy nie zrozumieją stawki gry. Europa odpowiada swoimi ruchami. Na Grenlandię jadą żołnierze m.in. z Francji, Niemiec, Norwegii i Szwecji, formalnie na ćwiczenia organizowane przez Danię. W tym kontekście nawet ironiczne uwagi o "nowych stanach" USA przestają brzmieć jak żart, a zaczynają wyglądać jak część szerszej narracji o rozszerzaniu amerykańskiej strefy wpływów na północy. Kłopotliwy start misji Longa Z punktu widzenia dyplomacji Billy Long wpada w poważne turbulencje jeszcze przed formalnym objęciem stanowiska. Ambasador, który ma reprezentować interesy swojego państwa, ale jednocześnie budować zaufanie gospodarza, rozpoczyna misję od tłumaczenia się ze słów podważających jego wiarygodność. Islandzki rząd nie ogłosił jeszcze, czy będzie domagał się wycofania nominacji. Sam fakt, że temat trafił do oficjalnych komunikatów resortu dyplomacji, pokazuje jednak, że w Reykjaviku nikt nie zamierza przejść nad sprawą do porządku dziennego. Jeśli Waszyngton nie wyśle szybko jasnego sygnału o poszanowaniu suwerenności Islandii, kandydatura Longa może stać się politycznym obciążeniem, a nie wzmocnieniem relacji.