To najczęstszy i najbardziej brzemienny w skutkach błąd, który wciąż popełniają Polacy we własnych domach. Strażacy z całego kraju mówią jednym głosem: brak czujników dymu i tlenku węgla kosztuje ludzkie życie. Ostatnie dni przyniosły czarną serię tragedii. W Myjomicach pod Kępnem zginęła 38-letnia kobieta i jej 11-letni syn. Nie było otwartego ognia – wyposażenie jedynie się tliło, produkując toksyczne gazy. W Chełmnie strażacy znaleźli ciała 30-letniej kobiety i trójki dzieci. Pomiary wykazały śmiertelnie wysokie stężenie tlenku węgla, które narastało przez długi czas. W Nowym Dworze Gdańskim pożar w rodzinnym domu dziecka zakończył się ewakuacją dziesięciorga dzieci – tym razem bez ofiar śmiertelnych, ale strażacy znów mówią o brakach w zabezpieczeniach. W rozmowie z "Faktem" strażacy podkreślają, że tych tragedii dałoby się uniknąć, gdyby w domach zamontowane były czujniki czadu i dymu. Czujniki czadu i dymu są ignorowane przez Polaków. Mogą uratować życie Jak podkreśla kpt. Anna Piechowska, oficer prasowa KP PSP w Nowym Dworze Gdańskim, czujki dymu to wydatek rzędu "kilkudziesięciu złotych", który wciąż bywa lekceważony. – Widzimy to po każdej tragedii. To bardzo niska świadomość – zaznacza. Z kolei st. kpt. Paweł Michalski, rzecznik straży pożarnej w Kępnie, prostuje powszechne przekonanie, że to płomienie decydują o liczbie ofiar w pożarach. – Kluczowy jest dym: jak szybko się wydziela i jak bardzo jest toksyczny. Produkty spalania zawierają substancje trujące, które działają jak trucizny duszące – mówi. Michalski przypomina, że wystarczy kilka wdechów toksycznego dymu, by stracić przytomność. – Człowiek pod ich wpływem podejmuje nieracjonalne decyzje. Dzieje się tak nawet u przeszkolonych strażaków. Dlatego po usłyszeniu alarmu nie wolno sprawdzać, co się dzieje – trzeba natychmiast wychodzić – radzi w rozmowie z Aleksandrą Strzedzińską z "Faktu". – Czujki dymu i tlenku węgla to urządzenia, które dają nam czas. Czujka dymu ostrzega nas we wczesnej fazie pożaru, a to ma bezpośredni wpływ na to, czy ludzie zdążą się ewakuować – podkreśla rzecznik PSP w Kępnie. Również według kpt. Anny Piechowskiej ten prosty system alarmowy często decyduje o tym, czy domownicy zdołają opuścić budynek żywi. Czujnik dymu i czujnik czadu to nie to samo. Niedługo wszyscy będą musieli je mieć w domach Strażacy zwracają uwagę, że wielu ludzi wciąż myśli: "to mnie nie dotyczy". Tymczasem zagrożenie istnieje nawet tam, gdzie nie ma instalacji gazowej. – Tlenek węgla i gazy pożarowe mogą przemieszczać się przewodami wentylacyjnymi. Emisja w jednym mieszkaniu może zagrozić innym – ostrzega st. kpt. Paweł Michalski w rozmowie z "Faktem". Jak zaznacza, samo posiadanie czujnika jednak nie wystarczy. – Bardzo ważne jest właściwe rozmieszczenie, dostosowane do układu architektonicznego budynku – czy to domu jednorodzinnego, czy mieszkania wielopoziomowego. Od tego zależy czas detekcji i skuteczność alarmu – mówi rzecznik straży pożarnej w Kępnie. Strażacy przypominają też o kluczowej różnicy między urządzeniami. Czujnik dymu reaguje na produkty spalania już na bardzo wczesnym etapie pożaru – nawet wtedy, gdy nic jeszcze nie płonie. Czujnik tlenku węgla wykrywa bezwonny i niewidoczny gaz, który nie powoduje zadymienia i może zabić bez żadnego ostrzeżenia. Rozmówcy "Faktu" podkreślają, że jedno nie zastępuje drugiego, a pełne bezpieczeństwo daje dopiero komplet. Dodajmy, że niedługo będzie to obowiązek dla wszystkich Polaków. Na podstawie rozporządzenia MSWiA czujniki dymu lub dodatkowo czadu docelowo zamontować będą musieli wszyscy właściciele nieruchomości. Harmonogram zmian jest jednak rozłożony na lata.