On pcha dziarsko wózek sklepowy. Ona rozgląda się błyszczącymi oczami po półkach. Wkłada papier toaletowy, rękawice kuchenne, kilogram ziemniaków, kurczaka i przecenione masło. Wychodzą spełnieni i szczęśliwi. Właśnie mieli randkę. Koniec z romantycznymi zaręczynami w przestworzach, pomysłem i polotem na idealną randkę, piknikiem o zachodzie słońca i długim patrzeniem sobie w oczy w przytulnej restauracji. Koniec z weekendami w SPA i spontanicznymi wycieczkami w nieznane. Zapomnijcie, że ma być wyjątkowo, romantycznie, intymnie. Czas na "choremances".To połączenie dwóch angielskich słów: chore (obowiązek, domowe zajęcie) i romance (romans, miłość). Już wyjaśniam, o co chodzi. Kochanie, poparujemy razem skarpetki? Masz coś do załatwienia na poczcie? Umów się z dziewczyną z Tindera, razem postoicie w kolejce. Czterdzieści minut czekania to całkiem sporo, żeby się lepiej poznać. Co będziesz marnował swój cenny wolny czas. Jak nie pyknie na pierwszym spotkaniu, to chociaż przesyłkę odbierzesz. Musisz iść po receptę do lekarza? Nic straconego. W poczekalni możesz posiedzieć razem ze swoim zupełnie zdrowym ukochanym. Wspólnie powdychać zapach środków dezynfekujących i słuchać kaszlu innych pacjentów. To też zbliża. Świetnym pomysłem na randkę są także zakupy w markecie. Błyszczy świeże mięso, rumienią się pomidory. Aż chce się razem wkładać produkty do koszyka. Może akurat przypadkowo muśniecie się palcami. Ależ emocje! Nie ma znaczenia, czy z nowo poznaną osobą, czy z partnerem, z którym jesteś od lat: bliskość próbuje się dziś wcisnąć gdzieś między przecenioną włoszczyznę a pieczarki. Świat chce nam wmówić, że jesteśmy tak zabiegani, tak bardzo zajęci, że na nic innego zwyczajnie nie ma miejsca. A już na pewno nie na uważność wobec drugiej osoby. Poza tym żyjemy w czasach konsumpcjonizmu. Wszystko musi nam się opłacać. Po co inwestować w koronki i szpilki, jeśli możemy partnera zabrać na targ miejski? Nie dość, że pogadamy po drodze, to jeszcze nam ciężki worek ziemniaków do domu przytacha. A nasz książę z bajki? Nie przybędzie do nas na białym rumaku z bukietem róż. On weźmie nas do… ogarniania mieszkania. Razem zetrzemy kurze, poukładamy rzeczy, może nawet wymienimy żarówki. Przyjemne z pożytecznym? Nie sądzę. Patelnia w prezencie Bo przecież my, kobiety, dopiero co wysłuchałyśmy opowieści naszych babek i ciotek – o żelazkach wręczanych na urodziny, o kolejnych kompletach pościeli, o obowiązkowych goździkach i rajstopach na Dzień Kobiet. O czasach, gdy romantyzm przegrywał z codziennością, a praktyczne upominki były normą. Najlepiej owinięte w szary, jak cały PRL, papier. Dopiero co udowodniłyśmy, że zasługujemy na więcej, że komplet ściereczek nas nie cieszy i że mamy inne marzenia niż patelnia do naleśników. I odwrotnie – naszym mężczyznom na święta wręczamy dziś coś innego niż zestaw narzędzi w nadziei, że wreszcie naprawią kran. Fundujemy jazdę na torze wyścigowym, laserowy paintball czy przygodę na strzelnicy. Chcemy widzieć ich powiększone z ekscytacji źrenice, słyszeć w ich głosie dreszcz emocji. I co, już koniec? Wygląda na to, że nowy trend niestety zapracowanym singlom się podoba. Odtąd będziemy ekscytować się razem w Biedronce. Z danych przywoływanych przez Michaela Kaye’a, eksperta randkowego współpracującego z aplikacją Plenty of Fish, wynika, że już około 42 procent singli w jakimś stopniu testuje relacje w codziennych, zupełnie nieromantycznych sytuacjach. Co więcej, ponad dwie trzecie uważa, że to właśnie tam najlepiej widać, czy ludzie naprawdę do siebie pasują. Największą popularnością cieszą się aktywności, które jeszcze niedawno trudno byłoby uznać za randkę. Na pierwszym miejscu jest spacer z psem – wskazuje go 58 procent badanych. Dalej wspólne ćwiczenia, a zaraz za nimi coś, co brzmi niemal jak antyteza romantyzmu: cotygodniowe zakupy spożywcze. A jednak to właśnie w takich momentach, jak przekonuje Kaye, ludzie najszybciej przestają grać role. Widać, kto się niecierpliwi, kto żartuje, kto pamięta, że trzeba kupić mleko. I to właśnie ta zwyczajność potrafi budować zaufanie i emocjonalną bliskość szybciej niż najbardziej dopracowana kolacja przy świecach. Oczywiście nie wszyscy kupują ten pomysł – dosłownie i w przenośni. Dla części osób wizja randki między półką z makaronem a lodówką z nabiałem wciąż brzmi bardziej jak smutny obowiązek niż początek wielkiej historii. Na szczęście zagraniczni specjaliści przebąkują, że warto zachować umiar i oprócz nowego rodzaju pożytecznych randek raz na jakiś czas skusić się na te tradycyjne. Ja zostaję przy tym, co radziła moja rozmówczyni Magdalena Sękowska, psycholożka, dyrektorka Kliniki Rodzina-Para-Jednostka. "(randki to - przyp. red.) Czas na przyjemność, na wyjście poza rytm codziennych obowiązków i wspólne bycie ze sobą w innej jakości" – tłumaczyła. Randka to randka. I wcale to nie znaczy, że jesteśmy księżniczkami, których nie dotyczy pranie, sprzątanie i szorowanie WC. Że trzeba nas wiecznie nosić na rękach. Po prostu my pranie, sprzątanie i zakupy w Biedronce mamy na co dzień. W relacjach chcemy czegoś innego. Zwłaszcza tych świeżych, zanim proza życia nad nas dopadnie.