– Jeżeli jest to osoba, której się domyślam, to będzie to bardzo ciekawe i zaskakujące polityczne zagranie. Będziecie mieli o czym pisać przez najbliższe tygodnie i miesiące – mówi o kandydacie PiS na premiera Ryszard Czarnecki, były wieloletni europoseł PiS i wiceszef PE. W rozmowie z naTemat pytamy go o Grzegorza Brauna, o sondaże i bratobójcze walki w PiS, a także afery i przejście na emeryturę. Lubi się pan z Grzegorzem Braunem? Słowo "lubić" nie istnieje w języku polityki. W świecie dziennikarstwa chyba też nie... To zapytam inaczej: utrzymujecie kontakt? Rzadko. Żałuję, bo gdybyśmy częściej się spotykali, byłaby pewnie okazja do polemiki np. w kwestii UE, bo ja jestem eurorealistą, a pan Grzegorz Braun eurosceptykiem, choć twierdzi, że to on jest eurorealista. Również w kwestii stosunku do wojny w Europie Wschodniej, bo mamy tu inne poglądy. A także m.in. w kwestii Bliskiego Wschodu, Iranu... Eurosceptyk to bardzo dyplomatyczne określenie Brauna. Przypominam, że uważa on, że to Ukraina wywołała wojnę. Naprawdę widzi pan przestrzeń do dyskusji? Do polemiki, przedstawiania swoich racji, przekonywania – tak. Chyba nie chce pani powiedzieć, że misją dziennikarstwa jest naciskanie na polityków, aby każdy okopał się w swoim okopie i strzelał do rywali? Misją dziennikarstwa jest m.in. zadawanie pytań, także tych niewygodnych dla rozmówcy. Jarosław Kaczyński od tygodni odcina się od Brauna, mówiąc, że "sojusz z nim to jak sojusz z Putinem" i że Braun "kompromituje Polskę". Co pan na to? Znam linię PiS w tej kwestii. Nie zamierzam wychodzić przed szereg. Kropka. Ale pojawił się pan na oficjalnych spotkaniach z Braunem, po których huczy od spekulacji. Według WP.pl "utrzymuje pan regularny kontakt z Braunem od kilku miesięcy" bez upoważnienia władz PiS. Pozdrawiam redaktora Wróblewskiego, który mnie setnie rozbawił stwierdzeniem, że nie mam kontaktu z prezesem PiS. Następnego dnia po tej publikacji byłem u pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Czyli prezes wiedział o pana udziale w tym spotkaniu? Oczywiście, że wiedział, że będę przewodniczył międzynarodowej konferencji w Parlamencie Europejskim z udziałem rządzącej Indiami od 12 lat partii premiera Narendy Modiego – BJP. Tylko że obaj nie wiedzieliśmy, że formacja rządząca najludniejszym państwem świata wybierze sobie za partnera w Polsce partię Korona Konfederacji Polskiej Grzegorza Brauna. Jak zareagował? Nie będę ujawniać moich rozmów z Panem Prezesem. Podobno prezes Kaczyński nawet w ogóle nie rozmawiał z Grzegorzem Braunem. Według mojej wiedzy nie rozmawiał. Dziś zarzeka się, że koalicji PiS z nim nie będzie. Według pana taka koalicja jest możliwa? Jako zdyscyplinowany członek PiS powiem tylko tyle, że znam linię prezesa Jarosława Kaczyńskiego i PiS w tej kwestii. I tyle w temacie. Zacytuję Onet: "Ryszard Czarnecki ponoć przebiera nogami, by trafić na listy wyborcze do Brauna, ale w Koronie budzi to sprzeciw wielu". Co pan na to? Też czytałem. Tylko się uśmiechnąłem, ponieważ autor tego artykułu zupełnie nie rozumie, gdzie piłka lata... Informuję, że w listopadzie 2025 roku ponownie zostałem członkiem władz centralnych PiS oraz członkiem zarządu warszawskiego Prawa i Sprawiedliwości. Koledzy z partii nie mają problemu z tą pana aktywnością? Mam wrażenie, że w PiS bardzo wiele osób mnie lubi i to okazuje. A nie lubią tylko ci, co anonimowo opowiadają coś mediom. Chyba że dziennikarze sami sobie to wymyślają. Generalnie jestem bardzo życzliwie traktowany przez moje koleżanki i kolegów z PiS, o czym świadczy fakt, że już kilkunastu zgodziło się wystąpić w moim autorskim programie "RH +, Rozmowy Ryszarda Czarneckiego" w Polska24.pl, a także w różnych panelach na różnych konferencjach krajowych czy międzynarodowych, które prowadzę. W sondażach Konfederacja i Korona depczą PiS po piętach. Jak pan to odbiera? Rzeczywiście po raz trzeci z rzędu suma poparcia dla Konfederacji Mentzena i Bosaka oraz Korony Brauna przekracza poparcie dla PiS. Zobaczymy, co będzie dalej. Być może pomoże ciekawy – jak zresztą podkreślają sami nasi rywale – ruch wysunięcia przez Jarosława Kaczyńskiego kandydata na premiera, który nie jest najbardziej znany i nie jest politycznie zużyty. Może to będzie winda sondażowa w górę dla PiS. Zobaczymy. Skąd pana zdaniem ten trend w sondażach? Sprawa jest dość oczywista. Przez lata świętym dogmatem PiS była zasada kanclerza Kohla: na prawo od CDU/CSU ma być tylko ściana. W naszej partii niemal przez dwie dekady było identycznie: na prawo od nas była tylko ściana. To zmieniło się w 2019 roku, a pogłębiło po 2023. Dlatego te wyniki wyglądają, jak wyglądają. Jednocześnie niekoniecznie musi tak być, że tendencja spadkowa się utrzyma i że PiS spadnie poniżej 20 proc. Przeciwnie: poparcie może być wyższe – i zapewne będzie. Jak prezes radzi sobie z tą sytuacją? Jeśli potrafi zaskakiwać przeciwników pomysłami takimi jak ogłoszenie kandydata na premiera półtora roku przed wyborami, to znaczy, że radzi sobie i reaguje właściwie. Kto według pana powinien być premierem? Nie chodzi o opinię Ryszarda Czarneckiego. To będzie osoba wskazana przez Jarosława Kaczyńskiego. Jeżeli jest to osoba, której się domyślam, to będzie to bardzo ciekawe i zaskakujące polityczne zagranie. Będziecie mieli o czym pisać przez najbliższe tygodnie i miesiące. Teraz mnie pan zaintrygował. Zdradzi pan, choć mały szczegół dotyczący osoby, o której pan myśli? To ktoś z posłów i posłanek PiS czy spoza Sejmu? Samorządowiec? Dlaczego to zagranie miałoby być tak zaskakujące? Może ktoś z uznanym dorobkiem jako skuteczny samorządowiec – gospodarz? Ale znany już na arenie ogólnopolskiej? W żaden sposób niekontrowersyjny i lubiany? Może taki będzie wist prezesa Kaczyńskiego? Według pana prezes PiS dobrze ocenia sytuację, kogo wystawić? W partii wrze, huczy o wewnętrznych bojach. Jak pan patrzy na te bratobójcze wojny w PiS? Mówi się, że mogą w końcu doprowadzić do rozłamu w PiS. Rzeczywiście, podziały są wyraźne, a walka wewnątrzpartyjna jest faktem. Udawanie, że jej nie ma, byłoby oszukiwaniem siebie. To problem, bo prawicowi wyborcy potrafią wybaczać potknięcia, błędy, a nawet to, co jest przedstawiane jako afery, ale nie wybaczają braku jedności. Jeśli PiS będzie dalej eksponować brak jedności, to konsekwencje mogą być bardzo złe. Przestrzegam przed tym. Wierzę jednak, że wygra instynkt samozachowawczy. Wskazanie kandydata na premiera może być "ucieczką do przodu" i przesunięciem energii z rywalizacji wewnętrznej na walkę o głosy z innymi partiami. To może być "breaking point", który przełamie trendy sondażowe. Prezes PiS chce nowego otwarcia i jest na to szansa. A jeśli jednak będzie rozłam? Mateusz Morawiecki odejdzie? Byłoby to fatalne dla PiS. Ale on sam deklaruje, że nie odejdzie. Co pan myśli o Morawieckim? Mam do Mateusza Morawieckiego sentyment, bo to ja zaprosiłem go do współpracy, gdy byłem ministrem ds. europejskich w rządzie Jerzego Buzka. To była jego pierwsza praca w administracji państwowej. Został wtedy wicedyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych i rzeczywiście nimi się zajmował. Po roku, po ciężkiej walce wewnątrz AWS, udało się mi i Tomkowi Wójcikowi, szefowi "Solidarności" na Dolnym Śląsku oraz – co dziś zabrzmi egzotycznie, ale tak było – także dzięki wsparciu Władka Frasyniuka, by młody radny Sejmiku Dolnośląskiego Mateusz Morawiecki został członkiem rady nadzorczej Banku Zachodniego – jeszcze przed jego fuzją z Wielkopolskim Bankiem Kredytowym i przejęciem przez Irlandczyków – co otworzyło mu drogę do kariery w sektorze bankowym. Resztę osiągnął już dzięki własnym umiejętnościom, zdolnościom i pracowitości. Dziś płaci cenę za sześć lat bycia premierem. Jednocześnie widzi, że w naszym regionie byli premierzy wracają: Robert Fico na Słowacji, Andrej Babiš w Czechach, Viktor Orbán na Węgrzech (przecież nawet on przeszedł do opozycji w 2006 roku). Mateusz Morawiecki pewnie chce, by ten "syndrom come-backu byłych premierów" dotyczył także jego. Jednak dziś kluczowe jest nie to, jak będzie wyglądał przyszły rząd, tylko jak odzyskać poparcie wyborców – a to łatwe i proste nie będzie. Nie ma pan poczucia, że sam różnymi aferami też trochę przyczynił się do problemów wizerunkowych PiS? W tej chwili wielu polityków PiS – podobnie jak ja – jest z powodów politycznych oskarżanych: są sprawy prokuratorskie, listy gończe, zarzuty, masowe przesłuchania. Myślę, że władza wie, co robi, usiłując przedstawić PiS w takim świetle. Pytanie, czy kupią to wyborcy? Mam nadzieję, że nie. Choć oczywiście ci, którzy to robią, zapewne znają zasadę Goebbelsa, że kłamstwo powtórzone 100 razy staje się prawdą. Sprawa sądowa ws. kilometrówek, afera z Collegium Humanum, zawieszenie w prawach członka PiS, sprawy obyczajowe związane z pana synem… Sporo tego było w mediach. Mój syn, Przemysław Czarnecki, jest dorosłym człowiekiem. Zawsze będę go wspierał i trzymał za niego kciuki. Jeśli mam go krytykować, to w cztery oczy – nie przez media. Był trzy razy posłem, dwa razy wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, szefem delegacji polskiej do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, dziś jest radnym Sejmiku Dolnośląskiego, jak kiedyś Mateusz Morawiecki. Ma własne życie polityczne i prywatne. To życie prywatne stało się tematem dla mediów także za sprawą jego relacji z Marianną Schreiber. Pan też publicznie wypowiadał się o niedoszłej synowej. To jest sfera życia uczuciowego mojego syna. Z tego, co wiem, ten rozdział jest zamknięty. Poznałem ją jako osobę zaprzyjaźnioną z moim synem. To wszystko. Polecam pani mój program "RH+. Rozmowy Czarneckiego" w "WPolsce24", a nie jej. Rozmawiał pan o tych wszystkich wydarzeniach i aferach z prezesem? Oczywiście, rozmawiam z nim o różnych sprawach, także tych trudnych. Ale jak powiedziałem wcześniej, rozmów z Jarosławem Kaczyńskim i innymi politykami ujawniać nie będę, bo przestanę być wiarygodnym rozmówcą. Czy to prawda, że przechodzi pan na polityczną emeryturę? Nie. Nie? Tak trochę zabrzmiała pana deklaracja w rozmowie z wp.pl José Ortega y Gasset pisał, że autor wypowiedzi chce powiedzieć więcej, niż powiedział, a odbiorca dopowiada więcej, niż usłyszał. Mówiłem o emeryturze w sensie formalnym: przechodzę na nią 1 kwietnia – w Prima Aprilis, ale to nie jest Prima Aprilis. Jeśli ktoś sądzi, że przejdę na emeryturę polityczną, niech napije się zimnej wody. Polityka czasem mnie nuży i wkurza, ale trudno mi sobie wyobrazić życie bez niej. Wystartuje pan w najbliższych wyborach? Stan na dziś jest taki, że nie będę kandydował do Parlamentu Europejskiego w 2029 roku. Choć osiągnąłem świetny wynik w ostatnich wyborach – ponad 66 tys. głosów z drugiego miejsca w trudnym dla PiS okręgu – Wielkopolsce. To wynik, uwaga, lepszy od tego, który uzyskało aż kilkunastu obecnych europosłów z Polski. Jednak widać wyraźnie trend: elektorat prawicowy, ale także innych partii w naszym kraju, chce dawać do Brukseli zielone światło młodszym. Nie wykluczam jednak startu w wyborach do polskiego parlamentu, choć to dopiero za półtora roku i jeszcze długa droga. Dzisiaj o tym w ogóle nie myślę. Co do startu do PE jestem jednak więcej niż sceptyczny: nie wyobrażam sobie dziś, a chyba w ogóle, ponownego kandydowania do europarlamentu. Wystarczy mi rekord zasiadania w Parlamencie Europejskim, dzielony z europosłami, którzy byli tam 20 lat: Jackiem Saryusz-Wolskim, Jerzym Buzkiem, Janem Olbrychtem i Bogusławem Liberadzkim. Zapytam na koniec – po tylu latach w polityce jak w ogóle czuje się pan w dzisiejszym PiS? Dużo wrogów pan sobie narobił? Każdy polityk ma wrogów – lokalnie i centralnie. Im więcej ich ma, to znaczy, że tym bardziej inni obawiają się jego i rywalizacji z nim. Ja jestem w PiS od 18 lat i po tych niemal dwóch dekadach wielu ludzi lubię z wzajemnością. Ale niekoniecznie wszystkich uwielbiam – pewnie też z wzajemnością. A co do pogłosek o mojej politycznej "śmierci" to odpowiem Markiem Twainem: "The report of my death was an exaggeration"...