Lotnisko Kraków-Balice wymienia przestarzały system nawigacyjny, który służył pasażerom przez ponad dwie dekady. To przełomowy krok w walce z gęstą mgłą, która co roku paraliżuje drugi co do wielkości port lotniczy w Polsce. Port lotniczy w Balicach wchodzi w nową erę nawigacyjną. Choć prace oznaczają czasowe utrudnienia, finał ma przynieść ulgę tysiącom podróżnych, którzy do tej pory jesienią i zimą, z powodów warunków atmosferycznych, musieli lądować w Katowicach czy Warszawie, zamiast docelowo w Krakowie. Inwestycja w bezpieczne lądowanie Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP) ogłosiła, że już 4 maja br. rozpocznie się wielka wymiana systemu nawigacyjnego ILS/DME "KRW". Obecne urządzenie, które wspomaga pilotów podczas lądowania przy słabej widoczności, ma już 23 lata i jest zwyczajnie przestarzałe. Nowoczesna aparatura ma zostać uruchomiona wyjątkowo szybko, bo już 1 października – proces zajmie zaledwie pięć miesięcy, choć standardowo trwa ich siedem. Podczas prac lotnisko nie zostanie zamknięte; piloci będą korzystać z procedur satelitarnych GNSS oraz systemu DVOR/DME, co pozwoli na bezpieczne operacje. Docelowo nowy system ma pracować w kategorii CAT II (co powinno nastąpić w I kwartale 2027 r.), a to pozwoli lądować nawet 80% samolotów, które dziś przy gęstym mleku za oknem muszą być przekierowywane na inne lotniska. Balice, czyli polska stolica mgły W naTemat wielokrotnie opisywaliśmy już sytuacje, w których pasażerowie doświadczali ogromnych utrudnień na krakowskim lotnisku. Problem nie jest kwestią pecha, ale fizyki i ukształtowania terenu – port lotniczy leży w dolinie Wisły, otoczony wzniesieniami, co sprzyja powstawaniu gęstych mgieł. Według danych IMGW, w Krakowie mamy średnio 66 dni z mgłą w roku, z czego kumulacja przypada na październik i listopad. Komplikacje nie dotyczą jedynie pasażerów, których loty są przekierowywane do innych miast, co powoduje ogromne opóźnienia i chaos, ale także pilotów samolotów. Ich czas pracy jest ściśle regulowany; jeśli mgła "uwięzi" kapitana na lotnisku, wypada on z grafika, co uderza w jego zarobki i sypie siatką połączeń całej linii. Nowy system ILS ma sprawić, że biała ściana za oknem kokpitu przestanie być dla Balic wyrokiem, a stanie się jedynie kolejnym warunkiem pogodowym, z którym technologia radzi sobie bez problemu. Czym właściwie jest ILS i jak prowadzi samolot? Dla przeciętnego podróżnego ILS (Instrument Landing System) to po prostu "magiczne" urządzenie do lądowania w mgle, ale warto zrozumieć, jak ta technologia realnie dba o nasze bezpieczeństwo. To radiowa "ścieżka", po której samolot schodzi do lądowania, nawet gdy pilot nie widzi pasa przez okno. Całość opiera się na dwóch precyzyjnych sygnałach nadawanych z ziemi. Pierwszy z nich, tzw. kierunkowy, pilnuje, by maszyna nie zboczyła w lewo lub w prawo i trzymała się idealnie osi pasa startowego. Drugi sygnał, pionowy, dba o to, by samolot obniżał lot pod odpowiednim kątem, co zapewnia precyzyjne przyziemienie w wyznaczonym miejscu. To, jak bardzo załoga może zaufać tej technologii, określają kategorie systemu. Obecna, podstawowa kategoria pierwsza (CAT I), pozwala na lądowanie tylko wtedy, gdy chmury są na wysokości co najmniej 60 metrów, a pas widać z odległości 800 metrów. W warunkach krakowskich to często za mało. Przejście na kategorię drugą (CAT II) obniży te wymagania niemal o połowę – samolot "usiądzie" bezpiecznie nawet przy widoczności rzędu 300 metrów. W dalszej perspektywie, po budowie nowej drogi startowej, lotnisko celuje w kategorię trzecią (CAT III). To już lotnictwo najwyższej próby, gdzie systemy pozwalają na lądowanie praktycznie przy zerowej widzialności. Dzięki temu pasażerowie zyskają pewność, że ich podróż zakończy się tam, gdzie planowali, bez względu na to, jak gęste mleko spowije akurat Balice.