W Hollywood ery AI nawet śmierć nie musi oznaczać końca kariery. Zmarły w ubiegłym roku Val Kilmer "wystąpi" w nowym filmie – tyle że to nie jest już gwiazdor "Top Guna" i "Gorączki", ale jego cyfrowo odtworzona wersja. Twórcy i rodzina aktora bronią kontrowersyjnej decyzji o "wskrzeszeniu", ale dla fanów brzmi to bardziej jak dystopijny scenariusz science fiction niż wzruszający epilog. W sieci zawrzało. Jeszcze przed śmiercią w kwietniu 2025 roku Val Kilmer przez lata zmagał się z rakiem gardła, który odebrał mu głos i praktycznie zakończył jego aktywną karierę aktorską. Choroba wymusiła tracheotomię, a komunikacja z gwiazdorem "The Doors", "Gorączki", "Top Gun" i "Batmana" stała się ogromnym wyzwaniem. Teraz Kilmer wraca na ekran, tyle że pośmiertnie i bez jakichkolwiek problemów z głosów. Val Kilmer w nowym filmie. Po śmierci i dzięki AI W filmie "As Deep as the Grave" (wcześniej "Canyon of the Dead") Kilmer pojawi się jako Father Fintan – katolicki ksiądz i jednocześnie duchowy przewodnik rdzennych Amerykanów. Problem w tym, że nie zagrał ani jednej sceny. Cała jego obecność została odtworzona przy użyciu generatywnej sztucznej inteligencji. Reżyser Coerte Voorhees nie ukrywa, że rola od początku była pisana specjalnie pod Kilmera. – To był aktor, którego chciałem do tej roli. Scenariusz był w dużej mierze zbudowany wokół niego – jego dziedzictwa, jego więzi z Południowym Zachodem. Mieliśmy go gotowego na planie. Po prostu był w bardzo złym stanie zdrowia i nie mógł pracować – tłumaczył twórca w rozmowie z "Variety". Mimo że Kilmer nigdy nie pojawił się na planie, jego "występ" powstał dzięki archiwalnym materiałom, zdjęciom dostarczonym przez rodzinę oraz technologii odtwarzającej jego głos – podobnej do tej, z której skorzystano przy jego krótkim, ale głośnym powrocie jako Iceman w "Top Gun: Maverick" z 2022 roku. Wtedy też pomogło AI. Coerte Voorhees broni swojej decyzji, wskazując, że Kilmer sam chciał być częścią projektu. – Niektórzy uznają to za kontrowersyjne, ale wierzymy, że robimy to, czego Val by chciał – mówił Voorhees i podkreślił, że wszystko odbyło się za zgodą rodziny aktora, w tym jego córki Mercedes Kilmer. – Mój ojciec był głęboko duchowym człowiekiem. Ta historia bardzo z nim rezonowała. Zawsze patrzył na nowe technologie z optymizmem – przekazała w oświadczeniu. I ma rację, bo Kilmer podkreślał, że cieszy się, że mógł skorzystać z AI, aby w "Top Gun: Maverick" odtworzyć swój głos. – Możliwość opowiedzenia mojej historii głosem, który brzmi jak mój, to niezwykły dar – wyznał wtedy aktor. AI-Val Kilmer w "As Deep as the Grave" oburzył widzów Tyle że widzowie nie są już tak zgodni. Po informacji o AI-Val Kilmerze w "As Deep as the Grave" w sieci zawrzało, a widzowie są w większości zaniepokojeni i oburzeni. "Absolutnie odrażające", "Proszę, nie normalizujecie tego", "Dziwne", "Co za g*wno", "Obrzydliwe", "Ten film trzeba zbojkotować", "Kilmer nie został wskrzeszony, to jest hańbienie jego pamięci" – piszą czytelnicy "Variety" w komentarzach. "Nie, Kilmer nie został 'wskrzeszony'. Nie, Kilmer nie jest 'częścią obsady'. Nie, o ile Kilmer wprost nie powiedział, że chce, by stworzono jego cyfrową rekonstrukcję, to nie jest to 'to, czego chciał'. Ładna laurka dla AI-owego chłamu, Variety", "To nie jest Val Kilmer – to jakiś AI-owy twór" – grzmią inni. Owszem, przypadek Kilmera ma "etyczne zabezpieczenia" – zgodę rodziny, wynagrodzenie dla spadkobierców, konsultacje związkowe – ale otwiera drzwi do znacznie bardziej problematycznych scenariuszy. Czy aktor po śmierci może "grać" bez końca? Gdzie kończy się hołd, a zaczyna manipulacja wizerunkiem? Jak widać, widzowie (przynajmniej na razie) nie za bardzo chcą oglądać cyfrowych rekonstrukcji aktorów zamiast prawdziwych występów. Nawet jeśli mowa o Valu Kilmerze. A przypomnijmy, że w ubiegłym roku oburzenie wywołała też pierwsza aktorka AI, Tilly Norwood, która zdenerwowała nawet gwiazdy Hollywood.