"Nie kocham cię" – powiedzieli sobie i dalej żyją razem. Czy potrzebna nam jest dziś miłość?

Dziś walentynki, ale w prognozach socjologicznych próżno szukać optymizmu. – Cała struktura związków zaczyna się rozsypywać. Wygląda na to, że ani jedna, ani druga płeć nie chce przyznać, że w dużej mierze dzięki singlowaniu czy prowadzeniu jednoosobowego gospodarstwa domowego jesteśmy w stanie zaspokoić swoje potrzeby. W praktyce oznacza to, że w związku często nie potrzebujemy już niczego, czego nie możemy mieć sami – mówi naTemat prof. Tomasz Szlendak, socjolog, autor głośnej książki "Miłość nie istnieje". Aleksandra Tchórzewska: Chciałabym zacząć od pewnego obrazka z życia. Niedawno moja znajoma usłyszała od swojego partnera: "Nie kocham cię". Odpowiedziała spokojnie: "Ja ciebie też nie". A jednak wciąż są razem – mieszkają pod jednym dachem, planują wakacje, funkcjonują jak typowa, stabilna para po czterdziestce. Znam w gruncie rzeczy sporo takich historii, kiedy ludzie są w związkach bez większych emocji i motyli w brzuchu. Najczęściej to są osoby, które poznały się po przejściach. Czy to oznacza, że żyjemy w czasach, w których miłość przestała być w ogóle potrzebna do stworzenia związku? Prof. Tomasz Szlendak, socjolog: Spojrzałabym na tę sytuację nieco inaczej, choć oczywiście wpisuje się ona w mój obraz współczesnych relacji. Podobne zjawisko było już obserwowane pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku, a jako pierwsi pisali o tym socjologowie francuscy. Zwracali uwagę, że ludzie często nie wiążą się ze sobą dlatego, że przeżywają wielkie zakochanie czy deklarują wzajemną miłość. Nie zawsze decydują o tym też względy racjonalne – kalkulacja, że warto być razem albo że łączą ich wspólne interesy. Czasem jest wręcz odwrotnie: ludzie są razem, bo… po prostu nie rozstają się. Spotkali się przypadkiem, coś ich ze sobą związało, mają wspólne doświadczenia i brak im jakiejś wewnętrznej mocy, by się rozdzielić. Po prostu trwają w związku.  Można więc powiedzieć, że dziś wiele par jest ze sobą po prostu dlatego, że jest łatwiej być razem niż przechodzić przez trudności i koszty związane z rozstaniem. Zdarza się też, że emocje, takie jak miłość, nie odgrywają już decydującej roli, a o wspólnym życiu decydują raczej okoliczności sprzyjające codziennemu funkcjonowaniu. Jednocześnie jednak częściej bywa tak, że brak miłości raczej utrudnia powstawanie nowych związków, niż podtrzymuje już istniejące – po prostu do nich nie dochodzi. W tym sensie historia pani znajomej jest dość oryginalna.  To, co pan powiedział, brzmi bardzo smutno. Jeżeli tradycyjne mechanizmy kojarzenia ludzi przestają działać – nie ma już swatek, rodzice nie łączą dzieci w związki jak dawniej, a siła romantycznej miłości, kiedyś bardzo mocno spajająca ludzi, słabnie – coraz większą rolę zaczyna odgrywać przypadek. Dziś spotkanie „drugiej połówki”, która pasowałaby do romantycznego scenariusza, bywa trudne. A jeśli już do takiego spotkania dochodzi, jeśli coś wydarzy się niejako mimochodem, część osób po prostu z tego korzysta, nawet gdy nie towarzyszą temu silne emocje czy głębokie uczucia. Ludzie nie są ze sobą, dlatego że łączy ich wielka miłość, lecz dlatego, że się nie rozstają. Wiele współczesnych relacji funkcjonuje właśnie w taki sposób – jako związki raczej "letnie", niewyrosłe z gwałtownych emocji, lecz z okoliczności i przygodnych spotkań. W swojej książce "Miłość nie istnieje" wspomina pan, że niektórzy traktują poszukiwanie partnera jak "wyjście na shopping". Co dokładnie ma pan na myśli? Najpierw chciałbym powiedzieć, że nie jest to niczyja wina. To po prostu mechanizm wynikający z reguł współczesnego kapitalizmu. Jest on nastawiony na to, aby każda osoba realizowała swoje potrzeby i stawiała siebie w centrum życia.  Jeśli koncentrujesz się na zaspokajaniu własnych potrzeb, w naturalny sposób zaczynasz traktować wszystkie elementy świata w sposób konsumpcyjny – również potencjalnego partnera. Ma on wtedy przede wszystkim spełniać twoje potrzeby, podkreślać atrakcyjność lub wzmacniać pozycję społeczną.  To trochę jak wybieranie najlepszego telefonu – patrzysz, co oferuje, ile kosztuje i co najlepiej pasuje do twojego stylu życia oraz oczekiwań.  W relacjach międzyludzkich mechanizm konsumpcyjny działa bardzo podobnie – partner staje się przedmiotem wyboru, towarem, który ma spełnić nasze oczekiwania. Przy tym rzadko zastanawiamy się, czego chce druga strona, a czasem w ogóle o tym nie myślimy. A wybór mamy duży… Aplikacje randkowe i mechanika sieciowa sprowadzają partnerów do roli towaru, bo mamy dostęp tylko do dwóch rodzajów informacji: wyglądu i statusu społecznego. Wygląd jest oczywiście fałszywy, bo wszyscy kłamią, wstawiając do sieci zdjęcia. Co więcej, ludzie zaczynają wierzyć we własnoręcznie zafałszowane obrazy, myśląc, że naprawdę tak wyglądają – że są bardziej symetryczni i atrakcyjni niż w rzeczywistości. Drugi typ informacji to status społeczny: co dana osoba posiada i jaki wykonuje zawód. I to właściwie wszystko. Nie jesteśmy w stanie rozpoznać zapachu drugiej osoby ani poczuć jej obecności fizycznej. Nie możemy też ocenić, czy ktoś jest opiekuńczy, czy nadaje się do związku, czy w ogóle trenował związki – czyli tych wszystkich rzeczy, które są naprawdę istotne dla zbudowania długotrwałej relacji. Z drugiej strony w książce pisze pan o tzw. "amputacji wyobraźni". Trudno o cokolwiek zapytać na randce, skoro partner ma podpięte na Tinderze linki do swoich social mediów.  W tradycyjnej miłości romantycznej, aby scenariusz mógł się zrealizować, druga osoba musiała w dużym stopniu pozostać tajemnicą. Musieliśmy przez długie randki, miesiące obserwowania siebie nawzajem karmić wyobraźnię tym, co kryje druga osoba, nie odkrywając wszystkich kart od razu. Dziś, niestety, dzięki sieci mamy poczucie, że wszystko już wiemy i nic nas nie zaskoczy. To zjawisko obserwuję od dawna, jeszcze od czasów, gdy funkcjonowały pierwsze portale randkowe, zanim pojawiły się aplikacje smartfonowe. Badania pokazywały, że ludzie wiązali się z kimś tylko wtedy, gdy osoba pojawiająca się na prawdziwej randce przewyższała swój profil w sieci – była lepsza niż to, co pokazywała online. A ile osób spotkanych przez aplikację rzeczywiście przewyższa swój profil? Niewiele. Z jednej strony kompletnie amputuje to wyobraźnię i sprawia, że idziemy na spotkanie z kimś nieznanym znudzeni. Z drugiej strony rodzi się przekonanie, że możliwości wyboru nigdy się nie kończą i że zawsze możemy trafić na kogoś "lepszego" później. Albo przestać szukać. Tym bardziej że korzyści, jakie mężczyźni czerpią z trwałych związków, wydają się dziś maleć – wiele spraw mogą załatwić sami: ugotować, zrobić pranie, a potrzeby seksualne zaspokoić bez zobowiązań i większego wysiłku, choćby w internecie. To pan napisał w swojej książce.  Żyjemy w czasach silnych przemian emancypacyjnych, niezależnie od tego, jak oceniamy ich skalę w Polsce, widać to w różnych wskaźnikach. Dzisiaj posiadanie rodziny w zasadzie nie jest już w żaden sposób związane ze statusem społecznym czy ekonomicznym mężczyzny. Można mieć wysoki status, po prostu będąc samodzielnym mężczyzną. W takich okolicznościach pojawia się pytanie, czy w ogóle warto inwestować w związki i rodzinę. Mężczyźni, którzy mogą zaspokajać swoje potrzeby se*sualne dzięki po***grafii internetowej, to zazwyczaj ci, którzy w oczach kobiet pozostają niewidoczni, z dolnych pięter struktury społecznej i w pewnym sensie nie mają szans na tradycyjne relacje. Z drugiej strony mamy sytuację, w której mężczyźni o wysokim statusie, pożądani na rynku matrymonialnym, mogą po prostu nie okazywać zaangażowania. W efekcie cała struktura związków zaczyna się rozsypywać. Wygląda na to, że ani jedna, ani druga płeć nie chce przyznać, że w dużej mierze dzięki singlowaniu czy prowadzeniu jednoosobowego gospodarstwa domowego jesteśmy w stanie zaspokoić swoje potrzeby. W praktyce oznacza to, że w związku często nie potrzebujemy już niczego, czego nie możemy mieć sami. Ale to drogo tak żyć w pojedynkę! Tak, oczywiście. Nauki społeczne – w tym moja macierzysta socjologia – od dawna podkreślały, że związek i małżeństwo były instytucjami ekonomiczno-reprodukcyjnymi, zabezpieczającymi podstawowe interesy życiowe. We dwójkę zawsze łatwiej było iść przez życie. Kiedyś, życząc komuś samotności, w istocie życzyło się biedy – braku oparcia i trudniejszego życia w najzwyklejszym, materialnym sensie. Dziś sytuacja wygląda inaczej. Wyrównywanie wynagrodzeń, które jeszcze niedawno silnie różniły się ze względu na płeć, sprawia, że życie w pojedynkę staje się realnie możliwe. Luka płacowa w Polsce jest stosunkowo niewielka, a w niektórych zawodach kobiety zarabiają nawet więcej niż mężczyźni. Wiele osób potrafi samodzielnie poukładać sobie życie i poradzić finansowo, także z wyzwaniami takimi jak wynajem czy kredyt mieszkaniowy. Skoro jest to możliwe, nie trzeba już szukać partnera wyłącznie po to, by wspólnie utrzymać gospodarstwo domowe. Ten motyw przestaje być decydujący. W efekcie współczesność odsłania prawdziwą liczbę osób, które rzeczywiście chcą żyć w związkach. Choć wiele osób deklaruje pragnienie miłości, codzienne wybory często pokazują coś innego – życie poza związkiem wcale nie jest dla nich nie do pomyślenia, a bywa po prostu wygodniejsze. A co z tradycyjną presją społeczną, by wziąć ślub? Co z tymi “ciotkami” i “babkami”, które podczas każdych świąt pytają, czy “ułożyłyśmy sobie życie’? Zastanówmy się nad tym. Oczywiście takie sytuacje czasem się zdarzają – na przykład kobiety pracujące lub studiujące w dużych miastach podczas świąt czy rodzinnych spotkań mogą odczuwać pewną presję, by znaleźć chłopaka. W praktyce jednak dzieje się to coraz rzadziej. Zmienia się styl życia, podejście do wychowania i sposób myślenia o tym, co jest dobre dla dzieci. Rodzice i osoby starsze, które statystycznie mają coraz wyższe wykształcenie, rzadziej wywierają presję na zawieranie związków. To już nie są te przysłowiowe ‘ciotki i wujkowie z wesel’, których kiedyś było pełno. Zresztą samych wesel jest mniej, więc i okazji do podobnych komentarzy po prostu ubywa. Dziś naciski w rodzaju "musisz być w związku" pojawiają się coraz rzadziej. Zwykle chodzi raczej o dobro dziecka – rodzice chcą, aby ich dzieci były szczęśliwe. A szczęście nie jest już tak jednoznacznie utożsamiane z byciem w związku, zwłaszcza że doświadczenia wielu rodziców w tym zakresie nie były idealne – w Polsce rozpada się około jedna trzecia małżeństw. Wciąż w rodzinach funkcjonuje pojęcie, którego osobiście nie znoszę – “samotna matka”. Przecież jeśli kobieta ma dziecko, to nie jest samotna i już nigdy w pełnym sensie nie będzie sama. Niestety, z tym określeniem często wiąże się spojrzenie pełne ubolewania czy współczucia: “Na pewno ją zostawił z dzieckiem”. Takie myślenie odbiera kobietom sprawczość, bo scenariusze bywają różne – czasem to właśnie kobieta decyduje się odejść. Na szczęście dziś pojęcie "samotnej matki" istnieje właściwie tylko w dokumentach prawnych. Analizy ustaw czy regulacji dotyczących rodzicielstwa wciąż je czasem zawierają, ale w praktyce to relikt przeszłości. Sam piszę o "samodzielnych matkach", bo one po prostu są samodzielne, a nie samotne. Zawsze otoczone są bliskimi, rodziną, przyjaciółmi. Jak słusznie pani zauważyła: jeśli kobieta ma dziecko, nie jest samotna. W Polsce to pojęcie powoli odchodzi w niepamięć. Trzeba jednak powiedzieć wprost: nie wszystkie kobiety kierują się dziś wyłącznie interesami reprodukcyjnymi. Widać to bardzo wyraźnie w ich wyborach i stylu życia. Mówiąc po ludzku – nie wszystkie chcą mieć dzieci. Wiele zaczyna sobie to uświadamiać, bo mają inne priorytety i cele w życiu. Osiągnęły pewien status dzięki wykształceniu i pracy, i myślą raczej o inwestowaniu czasu w podróże, samorozwój czy doświadczenia, a nie w wychowywanie dziecka, którego w rzeczywistości nie pragną. Współczesne czasy pokazują prawdziwą skalę tego zjawiska: duża część ludzi w ogóle nie chce być w związkach ani mieć dzieci. A jeśli nie chce mieć dzieci, naturalnie nie musi też wchodzić w związek. No właśnie. À propos tego – ile mamy w Polsce singli? Osiem milionów? Jeśli przyjmiemy definicję socjologiczną, czyli osoby funkcjonujące bez partnera, niebędące w długoterminowym związku, do mniej więcej czterdziestego roku życia (bo po tym czasie, w przypadku kobiet, interesy reprodukcyjne przestają być aktualne),  to wychodzi około 2,2–2,7 miliona osób. To wciąż bardzo dużo, ale nie osiem milionów.  Chyba chodzi pani o samodzielne gospodarstwa domowe. W tym przypadku trzeba też uwzględnić osoby w wieku emerytalnym, które mieszkają same. Faktycznie, wielu ludzi nie żyje w małżeństwie, ale liczba młodych, niezwiązanych osób nie sięga ośmiu milionów. Eksperci prognozują, że za kilka lat jeszcze więcej osób będzie żyło solo i że ten problem będzie się pogłębiał. A jednocześnie lekarze mówią, że mamy wręcz epidemię samotności, która jest bardzo niezdrowa dla ludzi. Teraz wchodzimy w subtelności. Zastanówmy się, czy singielka jest samotna. W sensie psychologicznym – nie jest. Samotność psychologiczna oznacza brak bliskości, brak możliwości realizacji potrzeby intymności. To sytuacja, w której przez ostatni rok nikt jej nie dotykał i nie miała żadnej bliskości. Taka samotność jest rzeczywiście bardzo niezdrowa – jesteśmy zwierzętami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi. Większość singielek tak jednak nie żyje. Są otoczone przyjaciółmi, rodziną, mają różne relacje społeczne – te sieci są rozbudowane. Brak partnera sek*ualnego, z którym mieszka, nie jest więc równoznaczny z samotnością w sensie psychologicznym. Znam kobiety, które odżyły dopiero po rozwodzie albo gdy zostały wdowami… Albo wtedy, gdy dzieci wyfrunęły z domu. W różnych krajach, na przykład we Francji czy w Polsce, kobiety często decydują się mieszkać osobno od partnera, bo mają go już dosyć w codziennym życiu u jego boku.  Odżywają wtedy towarzysko, wyjeżdżają na wycieczki, angażują się w różne aktywności. Choć ludzie rzadko przyznają się do tego głośno, badania pokazują, że taki scenariusz jest całkiem powszechny. A jak jest z mężczyznami? Sytuacja młodych samotnych mężczyzn często wygląda zupełnie inaczej. Ci, którzy nie mają partnerki, zazwyczaj również nie mają bliskich przyjaciół. Nasza kultura monogamiczna sprawia, że męskie przyjaźnie bywają trudne do zbudowania, czasem są podejrzane, a nawiązywanie ich jest skomplikowane. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu większość mężczyzn miała żony i mogło się wydawać, że to one są ich najlepszymi przyjaciółkami. Dziś wielu mężczyzn nie ma ani partnerki, ani bliskich przyjaciół. To jest samotność w sensie psychologicznym. Duża część mężczyzn, nawet do 29. roku życia, doświadcza jej naprawdę intensywnie – i nie tylko w młodym wieku, ale często przez całe życie. Wygląda na to, że samotność psychologiczna szkodzi mężczyznom znacznie bardziej niż kobietom. Kobiety są pod tym względem dużo bardziej elastyczne  – potrafią układać sobie życie, gospodarstwo domowe, kontakty społeczne. Mężczyźni, jeśli są samotni, po prostu pozostają samotni. W dzisiejszym świecie miłość romantyczna ma jeszcze jakichś sprzymierzeńców?Kto w ogóle powinien być sprzymierzeńcem miłości romantycznej? Komu powinno na niej zależeć? System polityczny powinien być sprzymierzeńcem miłości, bo to jedyna "maszyna", która rzeczywiście wiązała długotrwałe pary, co przekładało się na reprodukcję. No i kapitalizm mógłby w końcu dojść do wniosku, że naprawdę wiele traci. Przepraszam, że antropomorfizuję system ekonomiczny, ale on naprawdę jest stratny. Gdy koncentruje się wyłącznie na potrzebach jednostki – ty jesteś ważny, ty coś kup, ty zrób to, ty jedź tam – przymyka oczy na fakt, że traci zyski płynące z par. Kiedy para się łączy, buduje wspólne gospodarstwo domowe, kupuje talerze, wyposażenie, myśli o dziecku, rodzą się kolejne wydatki. A dziś mamy mniej związków, więc te pieniądze po prostu nie wpływają do gospodarki.  To może brzmieć dziwnie, ale sprzymierzeńcem miłości romantycznej mogłaby być kapitalistyczna maszyneria, która nagle odkryje, że traci. Mało tego – w wyniku swojego dotychczasowego modelu oddziaływania ma coraz mniej konsumentów, bo mniej dzieci się rodzi. To sprawia, że warto się zastanowić nad sensownością systemu ekonomicznego, w którym żyjemy. No właśnie, kapitalizm też ma swoje twarze – i o tym pan mówi, pokazując właścicieli aplikacji randkowych. W "Miłość nie istnieje" pisze pan, że wcale nie zależy im na tym, żebyśmy tworzyli trwałe pary. Bo na tym właśnie zarabiają. Są takie korporacje, które zajmują się aplikacjami randkowymi. Oczywiście nie zależy im na tym, żebyśmy się łączyli w pary, tylko żebyśmy w tych aplikacjach codziennie spędzali godzinę.  Co z tego, że korporacje medialne czy te zajmujące się aplikacjami będą czerpać zyski? To tylko część gospodarki, która chciałaby zarabiać. Reszta może mocno na tym stracić. To właśnie z tych przemyśleń powstała pana książka? Zacząłem swoją drogę akademicką od doktoratu poświęconego miłości romantycznej – dawno temu, jakieś dwadzieścia kilka lat. Później prowadziłem różne badania – czasem dotyczące męskości, czasem życia rodzinnego, czasem wychowywania dzieci – przyglądając się przemianom, które zachodziły w sferze miłości. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy mechanizmy miłości, które opisywałem dwadzieścia lat temu, w ogóle jeszcze działają. Czy rzeczywiście nadal wiążą ludzi? No i doszedłem do wniosku, że nawarstwiła się dzisiaj cała seria procesów i zjawisk społecznych, które utrudniają ludziom realizację scenariusza miłości romantycznej.  fot. arch. prywatne Panie profesorze, mamy dzisiaj walentynki. I chcemy wierzyć, że miłość jednak istnieje. Poproszę o optymistyczne przesłanie. Czy jest dla nas szansa?  Może właśnie w walentynki różne branże, różne sektory kapitalizmu w końcu zauważą, że nie mają komu sprzedawać tych wszystkich rzeczy. Nie mają po co produkować serduszek i innych gadżetów, bo ludzie po prostu, na wczesnych etapach życia, kiedy powinni wejść na rynek matrymonialny, tego nie robią. Może odkryją, że połowa dwudziestolatków w ogóle nigdy nie była w związku. Może zrozumieją, że walentynki za chwilę będą dla nikogo albo dla bardzo małej grupy ludzi?