naTemat
Szykowana wolta Mateusza Morawieckiego może mieć dla polskiej polityki o wiele szersze konsekwencje niż mało istotne rozłamy jak ten w Polsce 2050. Były premier trzyma palec na przycisku z napisem "utrata prymatu PiS na prawicy" i tylko od niego zależy czy i kiedy go użyje. Nowy podmiot na scenie politycznej miałby też szansę na zagospodarowanie tych konserwatystów, którzy nie widzą siebie przy ugrupowaniach antyeuropejskich i prorosyjskich. Zbyt wiele pojawiło się ostatnio sygnałów, by do planów nowego otwarcia Mateusza Morawieckiego i jego ludzi podejść z lekceważeniem. Debata z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, zapowiedź utworzenia centroprawicowego stowarzyszenia, rozmowa dyscyplinująca na Nowogrodzkiej, zawieszenie bliskiego byłemu premierowi Krzysztofa Szczuckiego za krytykę PiS i prezydenta, wreszcie sondaż Rzeczpospolitej pokazujący, że nawet 17 proc. respondentów rozważyłoby oddanie głosu na partię Morawieckiego. To wszystko przyniósł zaledwie jeden tydzień. Szykowanie się byłego premiera do opuszczenia swojej partii to naturalna konsekwencja namaszczenia przez Jarosława Kaczyńskiego Przemysława Czarnka na ewentualnego przyszłego premiera prawicowego rządu. Czarnek ma być głośny, radykalny, antyunijny, jednym okiem mrugający do wyborców Konfederacji, drugim do dawnego elektoratu PiS, który zacumował przy Grzegorzu Braunie. I choć Morawiecki sam w ostatnim czasie próbował prezentować podobne postawy, to zdecydowanie bardziej naturalnie czuje się on jako polityk pragmatyczny i względnie umiarkowany, za wzór stawiający sobie raczej Georgię Meloni niż Victora Orbana. PiS w wersji czarnkowej to póki co partia histeryczna, chaotyczna i niespecjalnie atrakcyjna. Za to łatwo odgrywająca rolę pożytecznego idioty Kremla. Bo o ile miano ugrupowania aktywnie realizującego rosyjską politykę niezmiennie i niepodzielnie nosi Konfederacja Korony Polskiej, to obecny stan mentalny Prawa i Sprawiedliwości sprawia, że każda podrzucona przez putinowskich trolli antybrukselska wrzutka zostanie przez niego podchwycona, w myśl zasady "bijmy w Tuska, czym tylko się da". Idealnym tego przykładem jest wygenerowany w AI wielkanocny spot PiS w stylu "Zwierzogrodu", w którym z Polaków zrobili biednych złodziei majonezu, a obniżkę cen paliw uznali za nieistniejącą. Notowań Prawa i Sprawiedliwości nie podbija też niesłabnąca fascynacja Donaldem Trumpem. Nowogrodzka cały czas liczy na to, że USA pomogą jej przejąć władzę w Polsce, tak jak nieudolnie próbują utrzymać się u władzy Orbanowi na Węgrzech. To, że Trump zdradza coraz więcej objawów zwykłego szaleństwa, a zarazem przestają go popierać najbardziej zatwardziali ludzie ruchu MAGA, nie jest w stanie poruszyć światopoglądu jądra PiS, stale zapatrzonego w Biały Dom. Nie da się krytykować swoich własnych rządów Trudno się dziwić, że przy takiej atmosferze Mateusz Morawiecki postanowił przyspieszyć ze swoimi separatystycznymi planami. Trwanie przy Czarnku i bronienie jego kolejnych mało lotnych politycznych spinów jest bezproduktywne. W dodatku pisowski kandydat na premiera ostatnio coraz częściej krytykuje rządy, których sam był członkiem - rządy Mateusza Morawieckiego właśnie - licząc, że taka krytyka spodoba się elektoratom obu konfederacji, pamiętającym chociażby covidowe obostrzenia w latach 2020-2021, których twarzą był ówczesny premier. Tymczasem prawda jest taka, że Mateusz Morawiecki ma całe mnóstwo dokonań, którymi może się pochwalić, i nie w smak mu wysłuchiwanie słów krytyki płynących z jego własnego politycznego środowiska. Jego rządy przyniosły dla Polski wysokie wskaźniki gospodarcze, uruchomienie dużych inwestycji w energetykę, wynegocjowanie bardzo dobrego Krajowego Planu Odbudowy (choć oczywiście zaraz potem zablokowanego na własne życzenie) czy zbudowanie silnego wizerunku Polski jako kraju przyfrontowego, który w 2022 roku przyjął gigantyczną liczbę uchodźców, a jednocześnie był liderem pomocy walczącej Ukrainie i odegrał kluczową rolę w zmianie podejścia państw zachodu do Rosji. Wszystkie te zasługi zostaną oczywiście przez wyborcę skrajnie prawicowego potraktowane zupełnie odwrotnie - jako niewybaczalne grzechy Mateusza Morawieckiego. Ale to nie z nimi były premier chce teraz rozmawiać. Wyciąga rękę do PSL-u - partii, która od lat próbuje zagospodarować mityczne polskie prawicowe centrum. Raz to nawet wyszło, w 2023 roku w ramach Trzeciej Drogi, trudno więc się dziwić, że to właśnie ludowa koniczynka stała się obiektem zainteresowania Morawieckiego i jego ekipy. Ruch, który może przemeblować polityczną scenę Wyjście Mateusza Morawieckiego z PiS to oczywiście bilet w jedną stronę i dlatego ten ruch musi zostać pieczołowicie przygotowany. Te 16-17 proc. wyborców z sondażu dla Rzeczpospolitej jedynie przyznało, że rozważyłoby głos na to ugrupowanie. Jednak nawet jeśli 1/3 z nich ostałaby się przy nowym politycznym podmiocie, dla Prawa i Sprawiedliwości oznaczałoby to zejście poniżej 25 proc., a może i nawet 20 proc. poparcia. Co byłoby scenariuszem dla Kaczyńskiego katastrofalnym, a dla premiera Tuska wymarzonym. Oczywiście powiedzmy sobie jasno: mało jest w polskiej polityce równie cynicznych i oszczędnie gospodarujących prawdą ludzi co Mateusz Morawiecki. Nigdy nie powinniśmy mu zapomnieć jego wyczynów, chociażby z czasów pandemii, gdzie w maju 2020 roku ogłaszał wycofanie się koronawirusa tylko po to, by nakłonić seniorów do pójścia do urn w wyborach. W dodatku to Morawiecki i jego ludzie - obok ekipy Zbigniewa Ziobry - są liderami w kolekcjonowaniu zarzutów w ramach rozliczeń poprzednich rządów: wybory kopertowe, afera RARS, maile Dworczyka, robienie kampanii przy wykorzystaniu środków Rządowego Centrum Legislacji. Problem w tym, że przy postępującym szaleństwie Prawa i Sprawiedliwości i coraz bardziej niezrozumiałych działaniach prezydenta Karola Nawrockiego, może się okazać, że to właśnie wolta tych ludzi może powstrzymać Polskę przed osunięciem się w ciemność. Bo w niebezpiecznych czasach często trzeba tworzyć niechciane i na pozór niewyobrażalne sojusze.
Go to News Site