naTemat
Wlewy "na wszystko i ze wszystkiego", kefir na depresję, pijawki na ból kolana czy napar z liścia laurowego na RZS. A na deser –muchomor czerwony. Przeglądając internet, można odnieść wrażenie, że współczesne znachorstwo ma się całkiem dobrze. Dr n. med. Eryk Matuszkiewicz, toksykolog i specjalista chorób wewnętrznych w rozmowie z naTemat rozprawia się z najpopularniejszymi mitami. Aleksandra Tchórzewska: Słyszałam, że aby pozbyć się depresji i myśli sam***jczych, trzeba pić dużo litu, jeść dużo kefiru, a przede wszystkim "odtruć się" z antydepresantów. Co pan doktor na to? Dr n. med. Eryk Matuszkiewicz, toksykolog, specjalista chorób wewnętrznych: Jeśli chodzi o lit, to jest to pierwiastek stosowany jako lek, ale głównie w przypadku choroby afektywnej dwubiegunowej – czyli zupełnie innej jednostki chorobowej. Ma on rzeczywiście udowodnioną skuteczność, ale taką terapię prowadzimy wyłącznie jako monitorowaną. Oznacza to, że co pewien czas – na przykład co dwa tygodnie lub co miesiąc – kontrolujemy stężenie leku we krwi. Tylko w ten sposób możemy bezpiecznie uzyskać wyrównanie nastroju i uniknąć "huśtawek". Natomiast kefir nie ma tutaj żadnych właściwości leczniczych. Jeśli zaś chodzi o "odtruwanie się" z antydepresantów, to jest to wręcz niebezpieczne. Nagłe odstawienie leków może spowodować gwałtowne nasilenie objawów chorobowych. W tych internetowych rewelacjach jest po prostu bardzo dużo nieprawdy. Czyli nie mogę sobie tak po prostu kupić litu na Allegro i brać go, kiedy chcę? Absolutnie nie. Lit musi być przyjmowany w ściśle określonych dawkach. I tak jak wspomniałem, trzeba regularnie sprawdzać jego stężenie w organizmie. Bardzo łatwo go przedawkować, a wtedy stężenie staje się toksyczne. Efekty niepożądane są bardzo poważne: od neurologicznych, przez nerkowe, aż po tarczycowe. Niekontrolowane przyjmowanie litu może prowadzić do tragicznych perturbacji zdrowotnych, co niestety czasem obserwujemy w praktyce lekarskiej. Panie doktorze, czy często spotyka pan na swoim oddziale osoby, które próbowały leczyć się według porad z internetu? Na oddziale może rzadziej, ale w przychodniach i poradniach – owszem. Zdarzają się pacjenci, którzy czytają o takich metodach i próbują je stosować na własną rękę. Pół biedy, jeśli to po prostu nie pomaga, ale nic złego poza tym się nie dzieje. Gorzej, gdy pojawiają się efekty niepożądane. Wtedy tacy ludzie zazwyczaj z pokorą wracają do medycyny klasycznej, akademickiej. A gdzie z perspektywy lekarza kończy się dbanie o zdrowie, a zaczyna niebezpieczne eksperymentowanie na własnym organizmie? Czerwoną lampką powinny być obietnice szybkiej, niemal stuprocentowej skuteczności. Jeśli ktoś obiecuje coś takiego, mija się z prawdą i należy do niego podchodzić bardzo podejrzliwie. Nie istnieją terapie, które wyleczą wszystkich w 100 proc. Zawsze pozostaje pewien margines. Szybka poprawa po jednej tabletce to fikcja, która istnieje tylko w reklamach telewizyjnych. W rzeczywistości proces leczenia wygląda zupełnie inaczej. Im bardziej "cudowna" wydaje się terapia w kontekście tempa i skuteczności, tym mniej bym jej ufał. Życie ma w sobie więcej prozy niż poezji i bywa znacznie bardziej przyziemne. Czytałam też, że na wszelkie schorzenia bardzo popularne jest profilaktyczne odrobaczanie. Czy rzeczywiście mamy taki problem z pasożytami, czy to raczej mit? Uważam, że to mit. W internecie krążą hasła typu: "psa odrobaczasz raz w roku, a siebie?". To sugestia, że każdy z nas nosi w sobie mnóstwo pasożytów przewodu pokarmowego. Tymczasem obecność pasożytów daje konkretne objawy: bóle brzucha, wzdęcia, chudnięcie mimo prawidłowej diety. Diagnostyka w tym kierunku jest niezwykle prosta i mało inwazyjna – wystarczy badanie kału na obecność pasożytów. Jest ono łatwo dostępne i daje jasną sytuację. Nie widzę żadnej konieczności odrobaczania się "na zapas". Choć leki na odrobaczanie są stosunkowo mało toksyczne, bo działają głównie miejscowo w przewodzie pokarmowym, to każda farmakoterapia powinna mieć wyraźne wskazania. Nie musimy robić żadnego biorezonansu, trzymać elektrod i patrzeć w drgające wykresy. Proste badanie laboratoryjne wyjaśnia wszystko. A co z boraksem lub DMSO na stawy? Słyszałam, że to najlepsze środki na różne dolegliwości. Zacznijmy od boraksu, czyli kwasu bornego. Służy on wyłącznie do stosowania zewnętrznego, do odkażania skóry – ma działanie antyseptyczne. Przyjmowanie go wewnętrznie jest skrajnie niebezpieczne! Dawka powyżej 50 mg na kilogram masy ciała jest już toksyczna: uszkadza nerki i przewód pokarmowy. Nie ma żadnych medycznych wskazań do leczenia stawów roztworem kwasu borowego. DMSO natomiast to związek chemiczny (dimetylosulfotlenek) stosowany jako odczynnik w laboratoriach, np. do zamrażania tkanek. W internecie promuje się go jako "zmiatacz wolnych rodników" czy środek przeciwnowotworowy i oczyszczający. To totalne bzdury. Co gorsza, niektórzy podają go sobie dożylnie. Znam przypadek śmiertelnego zatrucia pacjentki, której wykonywano właśnie takie wlewy z DMSO. To pokazuje, jak tragicznie mogą kończyć się takie eksperymenty. Medycyna akademicka nigdzie nie zaleca takich metod, a już tym bardziej podawania tych substancji dożylnie. Dlaczego to takie groźne? Kiedy przyjmujemy coś doustnie, układ pokarmowy stanowi naturalną barierę – substancje wchłaniają się w określonym tempie i tylko w pewnej części. Gdy wlewamy coś bezpośrednio do żyły, trafia to do krwiobiegu natychmiast, w stu procentach. Toksyczność jest wtedy nieporównywalnie większa i zależy bezpośrednio od drogi podania. Nie wiem, skąd biorą się te mity, ale ich skutki bywają nieodwracalne. No właśnie, skąd czerpiemy taką wiedzę? W przypadku, o którym mówię, te niebezpieczne metody propagowała osoba z tytułem profesorskim. To niezwykle szkodliwe, ponieważ tytuł naukowy budzi respekt i automatycznie uwiarygodnia przekaz w oczach pacjenta. Niestety, rzadko kto sprawdza, że uczelnia danej osoby dawno odcięła się od jej wypowiedzi i dokonań. Jeśli ktoś mówi "poza oficjalnym obiegiem", pacjenci często tego nie weryfikują, ufając samej randze tytułu przed nazwiskiem. To uśpiło czujność wielu osób i miało swój bezpośredni udział w tych tragediach. Panie doktorze, a co jeszcze pacjenci podają sobie w formie wlewów? Bardzo popularne są wlewy z witaminy C. Tutaj prym wiodą teorie głoszone m.in. przez pana Ziębę, który zaleca witaminę "lewoskrętną". Chcę to jasno podkreślić: to absolutny mit. Nie istnieje podział na witaminę C lewoskrętną i prawoskrętną w kontekście jej działania – witamina C, czyli kwas L-askorbinowy, jest po prostu jedna. Zbyt duże dawki podawane dożylnie mogą prowadzić do zakwaszenia organizmu i poważnych perturbacji zdrowotnych, nie mówiąc o "lżejszych" objawach, takich jak fatalne samopoczucie, nudności czy silne bóle brzucha. Taka ilość witaminy C po prostu wprowadza organizm w stan fizjologicznej nierównowagi. To nie jest żaden detoks, to ordynarne obciążanie własnej chemii organizmu. Pamiętam też ogromną modę na amigdalinę, czyli tak zwaną witaminę B17. Ludzie masowo jedli pestki moreli i brzoskwiń, wierząc w ich moc antynowotworową. Amigdalina to związek, który pod względem działania przypomina glikozydy cyjanogenne – mówiąc wprost, uwalnia cyjanek. Idea stojąca za tą "terapią" była taka, że cyjanek powoduje śmierć komórek poprzez ich uduszenie. Propagatorzy tej metody twierdzili, że amigdalina będzie "dusić" wyłącznie komórki nowotworowe. Brzmi to, jak kuszący pomysł, ale zawiera dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, takie działanie nigdy nie zostało udowodnione naukowo. Po drugie, amigdalina nie działa selektywnie – nie potrafi rozpoznać, która komórka jest nowotworowa, a która zdrowa. Może zatem uszkadzać i "dusić" wszystkie komórki w naszym organizmie. To nie leczenie, to igranie z bardzo silną toksyną. A teraz co jest "w modzie"? Ostatnio wlewy z glutationu czy koenzymów takich jak NADPH. Mają rzekomo wspomagać metabolizm i regenerację. Glutation jest nam oczywiście bardzo potrzebny – to główny antyoksydant, który odpowiada za odtruwanie organizmu, co dzieje się w wątrobie. Jednak kluczowe jest to, że jeśli mamy zdrową wątrobę, prawidłowo się odżywiamy i nie nadużywamy alkoholu, nasz organizm jest w stanie wyprodukować dokładnie tyle glutationu, ile mu potrzeba. Wątroba to nasza naturalna fabryka. Problem z niedoborem glutationu pojawia się dopiero w stanach ciężkiej patologii: przy marskości, zaawansowanym zwłóknieniu czy ciężkich stanach zapalnych. Wtedy rzeczywiście jego poziom może być zbyt niski. Jednak u zdrowego człowieka, który chce się po prostu "wzmocnić", podawanie go we wlewach mija się z celem. To po co to robimy? Mamy obecnie do czynienia z pewnego rodzaju "kultem kroplówek". Ludzie wierzą, że wlew dożylny to niemal magiczna metoda leczenia. A co tam zazwyczaj jest? Woda z glukozą, czyli z cukrem, albo sól fizjologiczna z elektrolitami. Oczywiście są wskazania do ich stosowania – przy silnym odwodnieniu czy niemożności przyjmowania płynów doustnie. Jednak profilaktyczne "leżenie pod kroplówką" działa bardziej na psychikę niż na ciało. Pacjenci często uważają, że szpital leczy dobrze tylko wtedy, gdy "leżało się pod kroplówką albo tlenem". To mit, który narósł wokół medycyny interwencyjnej: jeśli nie ma igły i drenu, to znaczy, że lekarz nic nie robi. A co pan sądzi o rosnącej popularności nalewek z muchomora czerwonego? To bardzo niebezpieczny temat. Kiedyś pewien człowiek napisał do mnie, że nie mam pojęcia o temacie, powinienem się douczyć, a w ogóle to mam "dług karmiczny" wobec ludzkości, bo opowiadam głupoty o muchomorach. Wierzy się, że muchomor czerwony leczy wszystko, co sugeruje m.in. popularna literatura o mikrodozowaniu. Tymczasem w tym grzybie, poza substancjami o działaniu halucynogennym, nie ma nic, co miałoby potencjał leczniczy. One faktycznie zmieniają nastrój – mogą wywoływać euforię, pobudzenie lub odprężenie. Jednak muchomor nie ma żadnego działania przeciwzapalnego czy przeciwbólowego, w które tak bardzo chcą wierzyć niektórzy pacjenci. Ludzie często argumentują: "zjadłem i żyję, więc nie jest trujący". Tu trzeba uważać. Muchomor czerwony rzeczywiście nie jest toksyczny narządowo w taki sposób, jak muchomor sromotnikowy, który nieodwracalnie niszczy wątrobę i zabija. Jeśli ktoś zje muchomora czerwonego, to poza podrażnieniem układu pokarmowego i halucynacjami, prawdopodobnie przeżyje. Ale to wciąż nie czyni go lekiem! Przypisywanie mu właściwości przeciwzapalnych nie ma żadnego potwierdzenia w nauce. Bliska mi osoba chorująca na RZS (reumatoidalne zapalenie stawów) przeczytała, że napar z liści laurowych mógłby jej pomóc. Czy to ma sens? Szczerze mówiąc, pierwszy raz o tym słyszę, ale nie sądzę, by miało to jakikolwiek wpływ na chorobę. Poza walorami smakowymi liść laurowy nie posiada takich właściwości medycznych. Jeśli komuś ból stawów minął po liściu laurowym, to był to czysty zbieg okoliczności. Jeśli już szukamy pomocy w naturze, to znacznie więcej sensu ma kora wierzby (Salix). To właśnie od niej pochodzi nazwa "salicylany". Wyciąg z kory wierzby faktycznie zawiera substancje o działaniu przeciwzapalnym i przeciwbólowym. To jest udokumentowana wiedza, w przeciwieństwie do teorii o liściach laurowych. Ale rozumiem, że kora wierzby mogłaby jedynie wspomagać terapię, a nie zastępować leki przepisane przez lekarza? Broń Boże, nie! Może być jedynie wsparciem, ale nigdy nie może stać się powodem odstawienia leczenia specjalistycznego. W przypadku chorób takich jak RZS eksperymentowanie na własną rękę może prowadzić do nieodwracalnych zmian w stawach. Nikt już pacjentowi z RZS nie mówi, żeby parzył korę wierzby jako główną metodę leczenia. Można to robić wspomagająco, ale taki napar nie gwarantuje żadnego konkretnego efektu terapeutycznego w porównaniu do nowoczesnych leków o udowodnionym działaniu. To po te sprawdzone substancje powinniśmy sięgać w pierwszej kolejności. A co z "hitami" na wrzodziejące zapalenie jelita grubego (WZJ)? Niektórzy polecają surowy sok z ziemniaka lub zeolit, żeby choroba całkowicie ustąpiła. To również należy włożyć między bajki. Ani sok z ziemniaka, ani zeolit nie są metodami leczenia tak poważnego schorzenia. Tutaj nie ma drogi na skróty. Ziemniaki, podobnie jak inne rośliny psiankowate, zawierają solaninę. To substancja, która może powodować silne bóle brzucha wynikające ze spowolnienia perystaltyki jelit. Wywołuje też wzrost temperatury, niepokój i pobudzenie. Część osób pewnie zna te objawy z dzieciństwa – to stary "sposób" na uniknięcie pójścia do szkoły: zjedzenie surowego ziemniaka miało wywołać gorączkę. Jak widać, solanina nie ma żadnych właściwości leczniczych, a jedynie toksyczne. Na tym właściwie kończy się medyczna historia soku z ziemniaka. Dlaczego więc słowo "naturalne" tak bardzo nas uspokaja? Skąd przekonanie, że to, co pochodzi z natury, musi być lepsze niż np. zastrzyk w gabinecie? Myślę, że słowo "naturalne" funkcjonuje w opozycji do "chemii". "Chemia" kojarzy nam się z czymś groźnym, sztucznym, niosącym skutki uboczne. Samo brzmienie tego słowa budzi lęk. Z kolei "naturalne" utożsamiamy z bezpieczeństwem i czystym zdrowiem. Ludzie często zapominają, że natura również bywa toksyczna. Skupiamy się tylko na korzyściach, całkowicie ignorując fakt, że substancje naturalne mogą wywoływać równie silne reakcje niepożądane co leki syntetyczne. Często pojawia się też przekonanie, że medycyna celowo ukrywa proste i tanie rozwiązania, żeby przemysł farmaceutyczny mógł zarabiać. Czy musi pan to tłumaczyć pacjentom? Tak, to klasyczna teoria o "zmowie Big Pharmy". Pracowałem m.in. na oddziale diabetologii i tam regularnie słyszałem, że badania nad przeszczepami trzustki są rzekomo wstrzymywane przez producentów insuliny. Mieliby to robić w obawie przed upadkiem lukratywnego interesu. Takie teorie padają na bardzo podatny grunt, bo są "atrakcyjne" i dają proste odpowiedzi na trudne pytania. Dla pacjentów to czysta teoria spiskowa. Oczywiście, zdarzają się czarne owce, jak rodzina Sacklerów i sprawa potężnych nadużyć przy produkcji oksykodonu, gdzie zysk rzeczywiście postawiono ponad życie ludzi. Ale to wyjątek, a nie reguła. Nad rynkiem farmaceutycznym czuwają komisje etyczne i surowe protokoły badań. Nie wierzę w istnienie "ukrytych terapii", które ktoś trzyma w sejfie niczym Świętego Graala, byle tylko utrudnić ludziom życie. Pacjenci argumentują nawet, że normy ciśnienia czy cholesterolu są coraz niższe tylko po to, by sprzedawać więcej leków. Prawda jest inna: my po prostu wiemy coraz więcej. Dzięki wieloletnim obserwacjom i badaniom widzimy, jakie skutki zdrowotne niosą ze sobą nawet lekko podwyższone parametry. Wiedza medyczna jest na bieżąco modyfikowana. Jeśli zawężamy kryteria, to tylko dlatego, że mamy więcej danych o tym, jak skuteczniej chronić pacjentów przed powikłaniami. Pracuję w zawodzie od 24 lat i nie sądzę, by ktokolwiek celowo manipulował normami dla zysku. Rzeczywistość jest po prostu skomplikowana i nie ma w niej drogi na skróty. Dlaczego więc tak chętnie klikamy w te rewelacyjne, proste recepty z internetu? Bo rzeczywistość nie jest czarno-biała, a my podświadomie szukamy prostych wyjaśnień dla zawiłych problemów. Jeśli ktoś mówi przekonująco, jasno i operuje prostymi rozwiązaniami, ludzie mu wierzą. To próba zracjonalizowania sobie lęku przed chorobą. Co mówią pacjenci, gdy dowiadują się, że ich "cudowna kuracja" o mało ich nie zabiła? Cóż, zazwyczaj kończy się na stwierdzeniu, że "szkoda, że nie wyszła". Te cudowne terapie często wywołują dolegliwości, które na szczęście dla tych ludzi bywają błahe. Jeśli komuś uda się uniknąć tragedii, zazwyczaj traktuje to w kategoriach szczęścia, a nie sygnału ostrzegawczego. Niestety, rzadko pojawia się głębsza refleksja, że sama metoda była błędna lub groźna. Pacjenci częściej myślą: "tym razem mi się udało" albo "może to ja coś zrobiłem źle, może dawka była nie taka". Brakuje mi u nich takiego krytycznego zamysłu, zastanowienia się nad mechanizmem tego, co sobie robią. Rozmowa zazwyczaj kończy się na tym, że szukają winy w sobie, a nie w samej, bzdurnej zresztą, "cudownej" metodzie. W sieci krąży mnóstwo porad na ból kolan: pijawki, odstawienie wieprzowiny, kurkuma, chondroityna z kolagenem... Ludzie cieszą się, że to wystarczy, by uniknąć zastrzyków. Z pijawkami jest tak, że tkwi w nich ziarno prawdy, ale niekoniecznie w kontekście bólu kolana. Pijawka lekarska wydziela hirudynę – substancję o działaniu przeciwkrzepliwym. Kiedyś przystawiano je niemal na wszystko, ale dziś wiemy, że hirudyna pomaga konkretnie przy ryzyku zatorowości czy zakrzepów. Problem w tym, że pijawki stosowane poza gabinetami medycznymi pochodzą z niewiadomych źródeł i mogą powodować groźne zakażenia skóry. Po co więc ryzykować, skoro mamy precyzyjne, przebadane leki przeciwkrzepliwe? Co do reszty – to często kwestia zbieżności czasu. Komuś akurat przestało boleć, gdy zaczął pić jakiś olej, i przypisał mu magiczne właściwości. Kurkuma, z której pochodzi kurkumina, ma działanie przeciwzapalne i mogą nieco poprawić odporność. Jednak jeśli ktoś ma zaawansowane zmiany zwyrodnieniowe w kolanie, to samo jedzenie kurkumy go nie wyleczy. Może być ona co najwyżej cennym dodatkiem do standardowego leczenia, a nie jego zamiennikiem. Podobnie jest z kolagenem i chondroityną – to suplementy, które mogą wspierać kondycję stawów, ale nie są lekiem, który sprawi, że poważna choroba nagle zniknie. Nie wiem, skąd bierze się taki posłuch dla tych metod jako jedynej alternatywy dla medycyny konwencjonalnej. Czytaj dalej! To ważne! Na co powinniśmy zwracać szczególną uwagę, trafiając w sieci na tak zwane cudowne metody i kuracje? Co powinno nas zaniepokoić? Zasada jest prosta: im bardziej "cudowna" i "stuprocentowa" ma być terapia, tym mniejsze powinno być nasze zaufanie. Organizm ludzki jest niezwykle skomplikowany – znamy jego fizjologię i patofizjologię, ale każdy z nas jest inny. W medycynie nie istnieje coś takiego jak stuprocentowa skuteczność. Statystycznie rzecz biorąc, nie da się wyleczyć wszystkich z każdej choroby. Dlatego im więcej ktoś obiecuje, tym bardziej byłbym ostrożny. Rzeczywistość medyczna jest wielowymiarowa i znacznie bardziej zróżnicowana, niż chcieliby tego autorzy sensacyjnych nagłówków. Powinniśmy szczególnie uważać na "nagłe odkrycia", które mają wywrócić medycynę do góry nogami. Tak było przed laty z vilcacorą, czyli "kocim pazurem" z Ameryki Południowej. Miała być cudownym lekiem na nowotwory, a okazała się kompletnym niewypałem. Dlaczego mimo to wciąż dajemy się na to nabierać? W grę wchodzą ogromne emocje, zwłaszcza w sytuacjach tragicznych, jak diagnoza nowotworu. Ludzie w sytuacjach "podbramkowych", gdy medycyna akademicka rozkłada ręce i mówi: "nic więcej nie możemy zrobić", chwytają się wszystkiego. Jeśli ktoś powie im coś przekonująco i da choćby jeden procent nadziei, oni się tej nadziei kurczowo uchwycą. To jest najsmutniejszy aspekt tego zjawiska – bezwzględne wykorzystywanie desperacji człowieka, na którym postawiono już krzyżyk. Scenariusz jest zawsze ten sam: obiecuje się fałszywą nadzieję tam, gdzie nauka jest bezradna. Powtórzę: bądźmy ostrożni. Chcielibyśmy być zdrowi, zwłaszcza gdy jesteśmy bardzo chorzy, ale takie "cudowne" drogi na skróty po prostu nie istnieją. Gdyby miał pan usunąć z internetu jedną, najbardziej szkodliwą poradę lub mit zdrowotny, co by to było? To trudne pytanie, bo bzdur w sieci jest mnóstwo, ale gdybym miał wybrać tę jedną, najgorszą... to przekonanie, że szczepionki powodują autyzm. To jest bzdura totalna, głupota do kwadratu i niebezpieczny bubel naukowy, na którym niektórzy wciąż opierają swój światopogląd. To wręcz tragikomiczne, jak bardzo ten mit zakorzenił się w społeczeństwie. Twierdzenie, że rtęć czy inne składniki wywołują autyzm, sprawia, że ludzie przestają się szczepić, narażając życie swoje i innych. To zdecydowanie najbardziej szkodliwa dezinformacja, z jaką musimy się dziś mierzyć.
Go to News Site