naTemat
Nawet w przypadku uwolnienia Andrzeja Poczobuta nie udało nam się zachować narodowej jedności. Wydatnie przyczynił się do tego prezydencki minister Marcin Przydacz, który poświęcił cały dzień na to, by większość zasług przypisać Karolowi Nawrockiemu. Efekt wyszedł mu odwrotny od zamierzonego. Co jest krzywdzące dla samego Nawrockiego, który dołożył swój kamyczek do tego sukcesu, podobnie jak Donald Tusk, Andrzej Duda i setki innych osób. Sprawa Poczobuta połączyła wszystkich... prawie Trudno w polskiej polityce o sprawę bardziej łączącą zwaśnione strony niż przypadek Andrzeja Poczobuta. Od pięciu lat o jego uwolnienie starały się setki osób. Zarówno jego bliskich i przyjaciół, w tym kolegów z "Gazety Wyborczej", jak i dyplomatów, ludzi ze służb oraz polityków. I tych rządzących w czasie, gdy został aresztowany przez reżim Łukaszenki w 2021 roku, i tych będących u władzy później, gdy cierpiał w kolonii karnej, bez perspektyw na przyszłość na wolności. Kiedy 28 kwietnia 2026 roku Andrzej Poczobut został przywitany przez premiera Donalda Tuska na polsko-białoruskiej granicy w rejonie Białowieży, radość wypełniła niemal wszystkie polityczne konta w polskiej infosferze. Niemal, bo pewien szczegół w informacji na ten temat zamieszczonej przez Ambasadora USA w Polsce Toma Rose'a przykuł uwagę szefa prezydenckiego biura polityki międzynarodowej Marcina Przydacza. Rose podziękował bowiem za współpracę polskim służbom i naszemu MSZ, za to w jego wpisie nie było ani słowa o prezydencie Karolu Nawrockim. Bezsensowna kłótnia w wielki dzień To, co wydarzyło się potem, przejdzie do historii politycznych niezręczności. Przydacz napisał na X: "Andrzej Poczobut na wolności! To wspaniała wiadomości. Uwolniony przez Amerykanów na skutek decyzji prezydenta D. Trumpa po rozmowie z prezydentem K. Nawrockim w Białym Domu". A godzinę później wspomniany Tom Rose opublikował kolejny wpis, niemal parafrazujący słowa Przydacza. "Prawdziwie historyczny dzień. Głęboka wdzięczność dla prezydenta Polski i zwłaszcza Donalda Trumpa, którego zaangażowanie i determinacja w spełnieniu obietnicy złożonej Karolowi Nawrockiemu uczyniły dzisiejszy dzień możliwym!" – napisał Tom Rose. Trudno nie odnieść wrażenia, że Pałac Prezydencki, zirytowany pominięciem Nawrockiego w pierwszym oświadczeniu ambasadora, wpłynął na to, by Rose jednak uwzględnił głowę państwa w podziękowaniach. Zresztą Przydacz zaraz potem podał wpis ambasadora, zapewne z satysfakcją odnotowując, że jego prośby zostały wysłuchane. Co szybko uruchomiło komentarze internautów słusznie pytających, czy z Kancelarii Prezydenta wykonano telefon do ambasady z prośbą o uwzględnienie roli Karola Nawrockiego. Przydacz mógł w tym momencie sprawę odpuścić i zająć się szczytem Trójmorza w Dubrowniku, gdzie przebywał we wtorek z prezydentem. Zamiast tego wdał się w obraźliwą dyskusję z dziennikarkami Dominiką Długosz-Gierszewską i Katarzyną Kolendą-Zaleską, a dzień zakończył na poszukiwaniach rzekomo zaginionej depeszy Polskiej Agencji Prasowej, w której wysłannik USA ds. Białorusi mówił o ważnej roli Nawrockiego. Depesza oczywiście była, bo na prośbę ministra sam jej autor wkleił do niej link. Cała historia skrzywdziła Karola Nawrockiego Najbardziej wściekły na cały ten obrót spraw powinien być Karol Nawrocki. Bo nikt nie miał wątpliwości, że zarówno poprzedni, jak i obecny prezydent RP mieli swój bardzo istotny udział w walce o uwolnienie Andrzeja Poczobuta z kolonii karnej. Andrzej Duda i Karol Nawrocki lobbowali u prezydentów Bidena i Trumpa, by kwestia uwolnienia polskiego dziennikarza z Grodzieńszczyzny była dla amerykańskich służb priorytetem. I udział Nawrockiego w całej tej układance nie był przez nikogo kwestionowany, o czym wprost mówił dziś chociażby koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak. Tymczasem otoczenie prezydenta poczuło się tak ukłute nieoznaczeniem głowy państwa we wpisie ambasadora USA, że wytworzyło niezdrową atmosferę wokół całej sprawy. Wypchnęli do przodu pierś Karola Nawrockiego, by błyskawicznie przypięto do niej order, choć był to dzień, w którym bohater był tylko jeden, i był nim niezłomny Andrzej Poczobut. Żal było na to wszystko patrzeć, bo najwyższy przedstawiciel naszego państwa nie powinien być – nawet pośrednio – zaangażowany w takie przedszkolne gierki o to "kto lepszy". Tym bardziej, że w sprawie Poczobuta Nawrocki, Tusk, Duda, Siemoniak, Trump i cała reszta po prostu zachowali się jak trzeba.
Go to News Site